Gemmy. Pomimo niewielkich rozmiarów klejnoty te pod względem artystycznym mogą śmiało rywalizować z monumentalnymi rzeźbami, reliefami czy brązami. Najcenniejsze wykonywano z kamieni szlachetnych, takich jak ametysty bądź szafiry, choć częściej do ich wyrobu używano półszlachetnych karneoli, agatów oraz jaspisów. Tradycja ich tworzenia narodziła się około 5 tys. lat temu w Mezopotamii, ale to w starożytnych Grecji i Rzymie rozkwitła na dobre.
Były dobrem niezwykle cenionym – umieszczano je głównie w pierścieniach, by służyły za przenośne pieczęcie do zatwierdzenia dokumentów, zanim tę rolę zaczęły odgrywać podpisy. Później ewoluowały w mienie luksusowe podkreślające przynależność klasową lub przekonania ich posiadaczy. Zasadniczo podzielić je można na dwie kategorie: ozdobione reliefem wypukłym – nazywane kameami oraz na te zdobione reliefem wklęsłym – czyli intaglio. Te ostatnie szczególnie pokochał pewien polski książę, a skandal, jaki wywołała jego kolekcja, wstrząsnął Europą.
Rzymski pierścień z intagliowanym wizerunkiem lwa, III w. n.e. – jaspis, srebro, intaglio 1,4 cm szerokości, pierścień 3,6 cm szerokości; zdjęcie: Tomasz Wichrowski
Książę Stanisław Poniatowski był synem księcia podkomorzego Kazimierza Poniatowskiego oraz ukochanym bratankiem króla Stanisława Augusta. Rodzic zadbał o staranne wychowanie swego syna, który pobierał nauki w nowoczesnej warszawskiej szkole włoskich teatynów, kierującej swoją ofertę edukacyjną do majętnych przedstawicieli szlachty.
Młody ulubieniec polskiego monarchy w celu dokształcenia się i wyrobienia gustu wyruszył – na wzór słynnych Grand Tour – w kilka znaczących podróży po Europie. Jednak to niemal roczny pobyt we Włoszech w latach 1785–1786 okazał się decydujący dla rozwoju księcia, obudził w nim bowiem pasję kolekcjonera – mającą potem uczynić Stanisława sławnym.
Schyłek XVIII w. był dla europejskiej arystokracji naznaczony prawdziwym szaleństwem kolekcjonowania (przede wszystkim wszelkich starożytności). Przełomowe w tej kwestii okazało się opublikowanie w 1755 r. dzieła Johanna Joachima Winckelmanna poświęconego recepcji sztuki greckiej. Wydarzenie to połączone z rezultatami prac wykopaliskowych prowadzonych w Pompejach, Stabiach i Herkulanum wywołało zjawisko nazywane dziś „antykomanią”. Trwała ona jeszcze przez całe XIX stulecie. W Polsce jej bodaj najsłynniejszym owocem była kolekcja książąt Czartoryskich, w części udostępniona publice przez księżną Izabelę tuż obok patriotycznych pamiątek z puławskiej Świątyni Sybilli.
„Antykomania” miała też i swoje ciemne strony – zamożni nobilowie, poddając się owej gorączce, padali nierzadko ofiarą oszustów, którzy korzystając z zakupowego uniesienia swoich klientów, sprzedawali im zupełnie bezwartościowe przedmioty. Wiemy z listu przebywającego w Rzymie Augusta Moszyńskiego – doradcy artystycznego króla Stanisława – iż spotkało to również bratanka polskiego monarchy. Nie zniechęciło to jednak młodego arystokraty do rozwijania swojej pasji kolekcjonerskiej.
Stanisław Poniatowski podczas swoich podróży zgromadził kolekcję budzącą w ówczesnej Europie powszechny podziw, jednak do historii przeszedł przede wszystkim jako właściciel ogromnego zbioru gemm. Zbiór ten uchodził za jeden z największych na świecie, a rozwijał się na fali ogromnego zainteresowania gliptyką antyczną na przełomie XVIII i XIX w.
Grawerowany klejnot przedstawiający Zeusa i Kapaneusa (podpisany Dioscourides) przypisywany Giovanniemu Calandrellemu (1784–1853), 1816–1827 – karneol, 3,4 × 3,9 × 0,3 cm, J. Paul Getty Museum, Villa Collection, Malibu, Kalifornia; zdjęcie: domena publicznaPierścień z ametystowym intaglio z wizerunkiem Marka Antoniusza (podpisany Gnaios), Giovanni Calandrelli (1784–1853), 1817–1824 – ametyst, złoto, 1,7 cm, J. Paul Getty Museum, Villa Collection, Malibu, Kalifornia; zdjęcie: domena publicznaDetal wizerunku Marka Antoniusza, J. Paul Getty Museum, Villa Collection, Malibu, Kalifornia; zdjęcie: domena publicznaOdcisk ametystowego intaglio z wizerunkiem Marka Antoniusza, J. Paul Getty Museum, Villa Collection, Malibu, Kalifornia; zdjęcie: domena publiczna
Poniatowski, ulegając tej modzie, zaczął zbierać intagliowane kamienie już podczas pierwszej podróży do Włoch, a z każdą kolejną italską wyprawą poszerzał swój stan posiadania. Jednak w sposób zasadniczy jego zbiór rozwinął się dopiero po przeprowadzce do Rzymu, a później Florencji tuż przed końcem XVIII w. W kulminacji swojej świetności kolekcja księcia liczyła ponad 2600 okazów, z których więcej niż 1700 stanowiły gemmy podpisane imionami antycznych artystów. Pierwszorzędne klejnoty, które posiadał Poniatowski, ozdobione były niespotykanymi wcześniej motywami z Metamorfoz, Iliady i Odysei. Kamienie tego typu były w owym czasie ogromną rzadkością, nic zatem dziwnego, iż kolekcja została owiana legendą. Jej właściciel był jednak nadzwyczaj zazdrosny o swoje dzieło, rzadko udostępniając gemmy postronnym. Dopiero pod koniec życia postanowił spopularyzować swoje niezwykłe zbiory. Wydał nawet, w roku 1831, specjalny katalog, w którym ujął całość kolekcji.
Problem w tym, że gemmy Poniatowskiego były fałszerstwem.
Okazało się to już po śmierci księcia, która nastąpiła w roku 1833. Niemiecki archeolog Ernst Heinrich Toelken, zajmujący się kolekcją gliptyki Muzeum Berlińskiego, zwrócił uwagę na niezwykle wysoki poziom artystyczny całości książęcej kolekcji. Jego podejrzenia wzbudził również doskonały stan zachowania, starożytnych przecież, dzieł sztuki, a także jednolitość ich stylu. Gemmy miały być przecież wykonane – jak świadczyły podpisy – przez różnych antycznych artystów. Ponadto wiele okazów podejrzanie przypominało znane dzieła zmarłego kilkanaście lat wcześniej Antonia Canovy. Toelken miał sposobność zapoznać się z około 419 egzemplarzami ze zbioru Stanisława. W toku swoich badań uznał, iż jedynie 2–3 z nich mogą mieć starożytną proweniencję, natomiast reszta to dzieła współczesnych artystów.
Oprawiony w złoto klejnot ukazujący Akastosa kradnącego strzały śpiącemu Peleusowi (podpisany Apollonides), wykonany około 1815 r. (oprawa około 1870 r.) – karneol, złoto, 3,2 x 4 cm (oprawa 5,8 cm); zdjęcie: Hofer Antikschmuck, Berlin, NiemcyOdcisk klejnotu z wizerunkiem Akastosa kradnącego strzały śpiącemu Peleusowi; zdjęcie: Woolley and Wallis SaleroomsBrosza z klejnotem ukazującym Atenę chwytającą za włosy giganta Alkyoneusa ranionego uprzednio strzałą Herkulesa (podpisany Kromos), klejnot wykonany około 1815 r. (oprawa późniejsza) – karneol, złoto, 3,4 x 5,1 cm (oprawa 5,5 cm); zdjęcie: Hofer Antikschmuck, Berlin, NiemcyOdcisk wizerunku Ateny chwytającej za włosy giganta Alkyoneusa; zdjęcie: Woolley and Wallis SaleroomsGemma uwieczniająca scenę ukazującą Tydeusa trzymającego odrąbaną głowę Melanipposa (podpisana Apollonidos), wykonana w XIX w. – karneol, złoto, 2,9 x 3,9 cm (oprawa 4,2 cm szerokości); zdjęcie: Hofer Antikschmuck, Berlin, NiemcyOdcisk gemmy uwieczniającej scenę ukazującą Tydeusa trzymającego odrąbaną głowę Melanipposa; zdjęcie: Woolley and Wallis Salerooms
Odkrycia niemieckiego badacza doprowadziły do skandalu, który wstrząsnął światem sztuki. Wiadomości o dokonanej przez niego krytyce – zamieszczone w „Tygodniku Petersburskim” – docierały nawet do Polski.
Powszechne w środowisku archeologów oburzenie nie przeszkodziło jednak temu, by licząca 2639 kamieni kolekcja została wystawiona na sprzedaż. Odbyło się to w słynnym londyńskim domu aukcyjnym Christie’s w kwietniu 1839 r. i rozproszyło kolekcję księcia, której znaczące części przypadły różnym nabywcom, a później zostały odsprzedane kolejnym. Nowi właściciele – nie chcąc zapewne okazać się stratnymi – głosili autentyczność swoich nabytków. Doprowadziło to do ostrej polemiki na łamach prasy, a nawet kłótni pomiędzy zwolennikami a krytykami wiarygodności zbioru.
Po latach dyskusji uznano jednak, że kolekcja Poniatowskiego składała się niemal wyłącznie z gemm wykonanych przez współczesnych mu gliptyków. Wiele z klejnotów było dziełami najznamienitszych artystów epoki. Niestety informacje o większości gemm urywają się mniej więcej w połowie XIX w. Fakt ten jest całkiem zrozumiały, gdyż po ustaleniu prawdy nikt z kolekcjonerów nie miał ochoty przyznawać się do trefnego zakupu.
Obrotowy pierścień z klejnotem ze stojącą postacią Jasona trzymającego złote runo (podpisanym Dioskourides), przypisywany Giovanniemu Calandrellemu (1784–1853), wczesny XIX w. – karneol, złoto, 3 x 1,7 cm; zdjęcie: Woolley and Wallis SaleroomsOdcisk klejnotu ze stojącą postacią Jasona trzymającego złote runo; zdjęcie: Woolley and Wallis SaleroomsBrosza z gemmą przedstawiającą Trojanki podpalające za namową Iris flotę Eneasza (podpisana Polyklet), wczesny XIX w. – karneol, złoto, niebieska emalia, 4,5 cm szerokości (razem z oprawą); zdjęcie: Woolley and Wallis SaleroomsOdcisk gemmy z przedstawieniem Trojanek podpalających flotę Eneasza; zdjęcie: Woolley and Wallis Salerooms
Skandal w znacznym stopniu przyćmił blask gemm Poniatowskiego, niemniej należy przyznać, że mają one wielką wartość artystyczną. Książę osobiście zadbał o dobór najbardziej intrygujących motywów z poematów antycznych. Zlecał wykonanie scen mistrzom rzemiosła. Zapewne kierował się przy tym osobistymi ambicjami – chciał być bowiem postrzegany jako wielki mecenas sztuki, posiadacz kolekcji o niespotykanych walorach. Jednakże tworząc swoje „falsyfikaty”, przyczynił się do powstania najwybitniejszego zbioru klasycystycznej gliptyki, jaki kiedykolwiek istniał.
Gałązka akacji, sznur, czaszka, cyrkiel, węgielnica – każdy symbol wygrawerowany na masońskim artefakcie przypominał właścicielowi o powinnościach członka loży i o wiedzy, którą otrzymał podczas sekretnych ceremoniałów.
Loże masońskie, wbrew obiegowej opinii, nie są organizacjami tajnymi – choć trzeba zaznaczyć, że nimb tajemnicy gęsto spowił masońską obrzędowość. Jej sekretny charakter ma kluczowe znaczenie dla doboru rekwizytów, którymi posługują się zrzeszeni. Poza symbolicznymi emblematami, takimi jak szarfa, fartuszek czy rękawiczki, wolnomularskie zwyczaje wzbogacają niezwykłe artefakty: masońska biżuteria.
Słowo mason pochodzi się z języka angielskiego i oznacza murarza lub kamieniarza. Polski odpowiednik – wolnomularz jest zbitką słów wolny i mularz (murarz), która odnosi się do angielskiego terminu free mason. Brytyjska tradycja wolnomularska wywodzi początki ruchu od działalności organizacji cechowych zrzeszających murarzy i architektów. Ciekawostką jest, że termin free mason dał również początek popularnemu niegdyś określeniu farmazon.
Nazwa organizacji wolnomularskiej wiąże się również z jej legendą założycielską. Centralną postacią tej opowieści jest budowniczy Hiram Abiff, oddelegowany przez władcę fenickiego miasta Tyr – również Hirama – do nadzorowania budowy świątyni króla Salomona w Jerozolimie. Abiff był wolnomularzem, który jako jedyny człowiek miał znać Wielkie Kamieniarskie Słowo – najistotniejszy sekret mistrza masońskiego. Obiecał on przekazać ów sekret swoim uczniom po zakończeniu budowy. Jednak niecierpliwi czeladnicy postanowili zmusić Hirama do wcześniejszej spowiedzi. Mistrz odmówił, za co spotkała go śmierć. Dalsza część legendy opowiada o wskrzeszeniu Hirama przez samego króla Salomona. Mistrz, powróciwszy do życia, w pierwszym wypowiedzianym słowie miał zdradzić Sekret Mistrza Masońskiego – po dziś przekazywany jego następcom.
Duży owalny wisior mierzący 9 cm długości, ozdobiony emaliowaną sceną przedstawiającą króla Salomona i jego syna Rechoboama; zdjęcie: Woolley and Wallis
Masoneria, nazywana niekiedy przez jej członków sztuką królewską, w formie zorganizowanych bractw, czyli lóż (od angielskiego słowa lodge – szopa) po raz pierwszy dała o sobie znać w Anglii i Szkocji pod koniec XVII w.
Był to dramatyczny czas w dziejach Wysp Brytyjskich. Początek trzeciej wojny domowej przyniósł wyrok śmierci na króla Karola I Stuarta. Władzę przejął Oliver Cromwell, a jego dyktatura jeszcze bardziej pogłębiła podział skonfliktowanego społeczeństwa. Restauracja dynastii Stuartów, która nastąpiła po śmierci Cromwella, nie trwała długo. Angielska większość parlamentarna, podczas tzw. chwalebnej rewolucji, wypowiedziała królowi Jakubowi II wojnę i zmusiła go do ucieczki z kraju. Za zamachem stanu skrywała się obawa przed nadmiernym wzmocnieniem władzy królewskiej i przywróceniem katolicyzmowi rangi religii panującej. W tym miejscu trzeba dodać, że Anglia była wówczas krajem, w którym protestancka większość nie tylko poddawała kontroli, lecz wręcz prześladowała katolików. Sytuacja ta stała się jedną z głównych przyczyn powstania masonerii.
Podczas wojen napoleońskich w Anglii przetrzymywano dużą liczbę jeńców francuskich. Wśród pojmanych był spory odsetek wolnomularzy. Ich dużą liczbę można ocenić na podstawie faktu, że byli grupą wystarczająco liczną, by zorganizować loże w różnych częściach Anglii. Zarejestrowano aż 30 takich lóż. | Klejnot masoński wykonany przez francuskiego jeńca wojen napoleońskich, koniec XVIII w./początek XIX w., o długości 5,7 cm, zrobiony z kryształu, złoconego metalu, masy perłowej i pawich piór; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.uk Więźniowie masoni mogli nierzadko liczyć na życzliwe traktowanie ze strony brytyjskich braci, którzy przyjmowali ich pod swój dach. Długi okres niewoli wymusił na więźniach konieczność poszukiwania zarobku. By się utrzymać, niektórzy wykonywali niewielkie, ozdobne przedmioty. | Dwa klejnoty masońskie, wykonane przez francuskiego jeńca wojen napoleońskich, z ok. 1805 r., o długości 5,5 cm, zrobione z kryształu, złoconego metalu i barwionego papieru; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.ukDo produkcji używano wszelkich dostępnych materiałów: skrawków kości, masy perłowej, papieru, słomy oraz różnorakich świecidełek. Przedmioty były potem sprzedawane lub wymieniane na rynku. Z czasem część z nich została oprawiona w metal, co zapewniło im przetrwanie do dziś. | Dwa klejnoty masońskie, wykonane przez francuskiego jeńca wojen napoleońskich, z ok. 1805 r., o długości 5,5 cm, zrobione z kryształu, złoconego metalu i barwionego papieru; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.uk
Pierwsi wolnomularze obrali sobie za najwyższy cel pogodzić śmiertelnie zwaśnione religie. Wkrótce do listy dążeń dodali problemy związane z ówczesnymi przemianami społecznymi oraz konieczność wypracowania dialogu pomiędzy starymi a nowymi elitami.
Zarówno współczesna, jak i historyczna masoneria nie jest jednorodną organizacją. To szczególny nurt etyczny wykładany za pomocą symboli oraz alegorii, promujący własną koncepcję człowieka i społeczeństwa według zasad uznawanych przez masonów za pryncypialne. Poszczególne bractwa wolnomularskie wytworzyły odrębną obrzędowość, symbole oraz rytuały, które w pewien sposób nawiązują do obyczajów religijnych – i na ich podobieństwo pełne są ceremonialnych strojów, rekwizytów, alegorii oraz symboliki. Całość tych różnorodnych praktyk ma jednak wspólną cechę – oparte są na sekretnym ceremoniale wtajemniczenia.
Dyskretność masońskich rytuałów mogła zaważyć na czarnej legendzie, jaka otacza tę organizację. Najczęstszym wysuwanym wobec niej zarzutem było to, że działa w sekrecie, co naturalnie musiało oznaczać skrywanie niecnych intencji. Nie pomagało tłumaczenie, że zasady jasno nakazują masonom dbałość o wzrost własny i innych czy szerzenie tolerancji.
I chociaż stosunek Kościołów protestanckich bywał masonom niezwykle przychylny, nie mogli oni niestety liczyć na wsparcie Kościoła katolickiego. Niecałe 21 lat od otwarcia pierwszej Wielkiej Loży papież Klemens XII postanowił ukrócić działalność masońskiej organizacji. Wydając swoją konstytucję apostolską In eminenti apostolatus specula, pod groźbą ekskomuniki zabraniał wiernym przynależności do lóż wolnomularskich. Wymienione przez niego powody były trzy: pierwszy to wspomniane tajemnice braci masonów; drugi, iż ośmielają się głosić tezę, jakoby wszyscy ludzie byli równi, oraz trzeci, najcięższy: że czelność mieli owi liberi muratori zmierzyć wszystkie religie jedną miarą. Oczywiście działania papieża nie sprawiły, że organizacja zniknęła, niemniej jego starania musiały wywrzeć wpływ na pogłębienie masońskiej konspiracji.
Wisior z białego metalu z XVIII/XIX w., o długości 8,5 cm, ozdobiony motywami wolnomularskimi, na rewersie sygnowany: „Ten medal został podarowany przez członków Loży Wierności nr 512 …… 1802”; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.uk
W utrzymywaniu tajemnicy pomagał masonom język symboli, jakim się posługiwali. Wiele lóż zapożyczyło symbolikę od różnorakich bractw rycerskich. Ważne źródło stanowiła również ikonografia alchemiczna. Natomiast najznaczniejsza część wolnomularskiej aparatury pojęciowej inspirowana była pracą i obrzędowością dawnych budowniczych. Wizerunki cyrkla, kielni czy węgielnicy (przyrządu do wyznaczania kąta prostego) należą do najbardziej znanych emblematów wolnomularskich. Ich pierwotne znaczenie zmieniło się wraz z rozwojem idei oświeceniowych, stało się dużo bardziej złożone i dostosowane do filozofii danej loży masońskiej. Treści zapisywane za pomocą symboli stanowią nieodzowny element masońskich artefaktów.
Tajemnicza biżuteria
Zważywszy na sekretność wolnomularskich działań, nie może dziwić, że ozdoby używane przez masonów musiały mieć podobny charakter. Choć wyglądały jak zwykła biżuteria, osobie wtajemniczonej ujawniały arkana masońskiej wiedzy.
Gdy w modzie były zegarki kieszonkowe, powszechnie używano również dewizek. Były to niedługie łańcuszki, za pomocą których podwieszano chronometr do ubrania. Dewizka miała zazwyczaj promieniste zakończenie służące do zaczepienia także innych ozdobnych przedmiotów. Wolnomularze mogli wybierać spośród różnorakich symbolicznych breloczków, które dyskretnie znaczyły ich przynależność do danej organizacji. Jednak najbardziej intrygującymi tego typu przedmiotami były niewątpliwie krzyżyki masońskie.
Ozdoby te są wytwarzane do dziś, ale najpiękniejsze ich okazy pochodzą z XIX w. Na pierwszy rzut oka taki brelok wydaje się prostą złotą kulką ozdobioną czterema klamerkami oraz kółeczkiem do zawieszania. Jednak dzięki pomysłowemu rozmieszczeniu zawiasów, gdy klamerki zostaną zwolnione, kula otwiera się, tworząc kształt krzyża. Każdy z sześciu segmentów tego krzyżyka ma kształt piramidy z kulistą podstawą. Podstawa piramidy była najczęściej złota lub złocona, a jej ściany wykonano z czernionego srebra. Każda płaszczyzna każdej z piramid naznaczona była wygrawerowanym symbolem – w sumie było ich więc 24.
Masońska sfera z XIX/XX w., o średnicy 1,1 cm, wykonana ze złota i srebra, wewnątrz ozdobiona grawerunkiem; zdjęcie: Tomasz WichrowskiMasońska sfera (otwarta) z XIX/XX w., o średnicy 1,1 cm, wykonana ze złota i srebra, wewnątrz ozdobiona grawerunkiem; zdjęcie: Tomasz WichrowskiWisiorek w kształcie piramidy, mierzący 6 cm długości, wykonany z 9-karatowego złota, ozdobiony symbolami masońskimi; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.uk
Rozmieszczenie i dobór symboli nie są takie same dla każdej ozdoby, gdyż warstwa znaczeniowa przedmiotu ma wyrażać zasady, jakimi kieruje się jego posiadacz. Symbole należy czytać od lewej do prawej, a następnie od góry do dołu. Najczęściej uwieczniane to: oko opatrzności (Wielki Architekt Wszechświata), słońce (bezpośrednia, intuicyjna wiedza) wraz z księżycem (wrażliwość i uczuciowość), sznur, węzeł i dwa chwosty (braterska jedność), czaszka i skrzyżowane piszczele (śmierć i zmartwychwstanie do nowego życia), nieociosany kamień (nowicjat), gałązka akacji (nieśmiertelność), ociosany kamień (mistrzostwo) oraz narzędzia: cyrkiel (mądrość), węgielnica (równowaga, uczciwość, gorliwość), kielnia (współpraca), młotek (praca, władza), pion (prawo moralne), dłuto (troska o innych).
Osoba, która kupowała krzyżyk, dla ułatwienia otrzymywała od jego twórcy narracyjny opis sekwencji symboli. Poza krzyżykami istniały również inne formy tych artefaktów – te, które po otwarciu formowały pięcioramienną gwiazdę reprezentowały przynależność do Zakonu Gwiazdy Wschodniej (Order of the Eastern Star). Natomiast breloki w kształcie sześcianu dodatkowo podkreślały znaczenie drogi do mistrzowskiej doskonałości.
Klejnoty ruchome
Innym dużo bardziej formalnym rodzajem masońskiej biżuterii są tzw. klejnoty ruchome. Te niewielkie metalowe emblematy umieszczane na szarfach urzędników masońskich stanowią oznaczenie ich władzy oraz sprawowanego urzędu. Wygląd i znaczenie klejnotów bywają różne dla poszczególnych obrządków masońskich. Nazywane są ruchomymi, ponieważ przechodzą od jednego wolnomularza do drugiego. Klejnoty nie muszą przedstawiać dużej wartości materialnej. Niemniej zdarzają się egzemplarze wykonane z wykorzystaniem złota i drogich kamieni. Umieszczone na szarfach mistrzów określają ich stopień wtajemniczenia.
Klejnot masoński do zawieszenia na satuarze z XIX w., mierzący 6 cm długości, wykonany z metalu i ozdobiony kolorowymi kryształami; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.ukKlejnot na szarfie związany z rytem królewskiego sklepienia („Royal Arch”) oraz inne klejnoty wolnomularskie z XIX/XX w.; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.ukDuży klejnot wolnomularski z 1845 r., mierzący 12 cm długości, wykonany ze srebra i z kryształów, na rewersie sygnowany: „Dla czcigodnego kapitana Jocelyna, od jego przyjaciół w Celtyckiej Loży Edynburga, 1845”; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.ukMedal masoński loży Canongate Kilwinning z połowy XX w., mierzący 13 cm (wraz ze wstążką), ozdobiony mottami „Post Nubila Pheobus” i „Sic Itur Ad Astra”; zdjęcie: Woolley and WallisOrder masoński, „Hatchlands 2756”, z 1971 r., wykonany w Birmingham ze złoconego i emaliowanego srebra; zdjęcie: Woolley and Wallis
Pierścienie
Ozdoby te nie są obowiązkowym akcesorium masona. Mają najczęściej formę ozdobionego wybranym symbolem sygnetu. Służą podkreśleniu lojalności wobec misji i wartości wolnomularza.
Złoty pierścionek pochodzący z okresu panowania Jerzego III, ozdobiony owalnym kryształem górskim, z wygrawerowanymi emblematami masońskimi i mottem „ET TACE”; zdjęcie: Woolley and WallisMasoński pierścień z intagliowanym wizerunkiem cyrkla i węgielnicy, zawierający kilka skrytek przeznaczonych do schowania portretu oraz kosmyków włosów bliskiej osoby; zdjęcie: Woolley and WallisMasoński pierścień z intagliowanym wizerunkiem cyrkla i węgielnicy, zawierający kilka skrytek przeznaczonych do schowania portretu oraz kosmyków włosów bliskiej osoby; zdjęcie: Woolley and WallisMasoński pierścień z intagliowanym wizerunkiem cyrkla i węgielnicy, zawierający kilka skrytek przeznaczonych do schowania portretu oraz kosmyków włosów bliskiej osoby; zdjęcie: Woolley and Wallis
Cyrkiel i węgielnica
Symbol cyrkla zestawionego z węgielnicą jest podstawowym atrybutem masońskiej ikonografii. Przedstawione na nim narzędzia stanowiły niegdyś nieodłączny element pracy kamieniarzy.
Ozdobne zawieszenie w formie cyrkla i węgielnicy w koronie z XIX w., mierzące 8 cm długości, ozdobione kolorowymi kryształami; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.ukKlejnot Loży Starożytności nr 2 z początku XIX w., mierzący 5,5 cm długości, ozdobiony emaliowanym na niebiesko giloszem oraz motywem cyrkla i węgielnicy; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.uk
Symbol węgielnicy ma dla masonów znaczenie transcendentalne i opiera się na alegorii. Tak jak budowniczego narzędzie to upewnia, że efekty jego pracy będą równe, masonowi przypomina o potrzebie równego, sprawiedliwego traktowania innych. Podobnie jest w przypadku cyrkla, pierwotnie służącego do trasowania na kamieniu łuków i okręgów. Jego symbol w ikonografii masońskiej ma za zadanie przypominać o konieczności przestrzegania granic oraz działania w ramach ustalonej moralności.
Litera G i oko opatrzności
Bywa, że symbol cyrkla i węgielnicy uzupełniony jest o literę G. Historia użycia tego znaku ma prawdopodobnie swój początek w rycie szkockim. Jego konkretna interpretacja zależy od danej grupy wolnomularskiej.
Niektórzy chcą widzieć w literze G odpowiednik trzeciej litery alfabetu hebrajskiego – gimel – związanej z symboliką miłosierdzia. Inni przyjmują za jej wytłumaczenie greckie słowo gnosis oznaczające wiedzę. Jednak powszechnie litera G uznawana jest za reprezentację zasadniczego dla wolnomularstwa symbolu, jakim jest Wielki Architekt Wszechświata (Great Architect of the Universe). Symbol ten ma za zadanie wyrażać idee intelektualno-duchowe i nie należy mylić go z odniesieniem do osobowego Boga. Rozwinięciem znaczenia symbolu litery G jest jej odniesienie do geometrii – według średniowiecznych budowniczych źródła wszelkich nauk.
Klejnot podarowany hrabiemu Moira w 1813 roku, ozdobiony emaliowanym na niebiesko giloszem oraz kryształami górskimi; zdjęcie: Can Pac Swire
Idea łącząca Boga i geometrię, czyli wiarę z nauką, jest kolejnym nawiązaniem do tradycji. Masoni wywodzą ją z historii starożytnych mistrzów pracujących przy budowie wielkich biblijnych projektów. Budowniczowie zafascynowani siłą sprawczą, jaką oferowała geometria, mieli potraktować ją jako dar od Boga. Bardzo podobne znaczenie wyraża symbol oka opatrzności, gdzie oko reprezentuje Boga, trójkąt zaś – matematyczną doskonałość geometrii (choć symbol ten bywa też interpretowany jako przypomnienie, że ludzkie myśli i czyny są zawsze pod czujnym spojrzeniem).
Dwie kolumny świątyni wolnomularskiej
Innym niezwykle istotnym wolnomularskim symbolem są dwie kolumny: Jakin i Boaz. Źródła biblijne podają, że były one odlane z brązu (lub mosiądzu) i stały przed wejściem do pierwszej świątyni króla Salomona w Jerozolimie. Słowo Jakin zapisywane po hebrajsku יָכִין można tłumaczyć jako „On ustanowi” bądź „Bóg utwierdził”, a Boaz – בֹּעַז – oznaczać ma „w sile” lub „w nim (jest) moc”. Kolumna Jakin stała po prawej, a Boaz po lewej stronie portyku świątynnego. Każda miała 18 łokci (8,2 m) wysokości i 12 łokci obwodu (1,8 m średnicy). Kapitele w kształcie kwiatów lilii, wysokie na 5 łokci (2,4 m), były udekorowane liśćmi palmy i owocami granatu.
Emaliowany wisior z XVIII w., mierzący 14 cm długości, ozdobiony motywem judaistycznym; zdjęcie: Roseberys London, www.roseberys.co.uk
W symbolice masońskiej kolumna Jakin nawiązuje do idei wznoszenia i pojęcia aktywności, tradycyjnie reprezentuje pierwiastek męski. Boaz zawiera w sobie pojęcie mądrości oraz biernych sił natury i ma reprezentować kobiecość. Obie podkreślają ograniczenia świata stworzonego oraz dualizm jako niezbędny sposób manifestacji Jedni.
***
Dokładne wyjaśnienie poszczególnych symboli i rytuałów stanowi rodzaj tajemnicy, którą masoni mają obowiązek zachowywać. Niemniej dziś, gdy przepływ informacji ma globalny wymiar, wiele sekretów – kiedyś tak pilnie strzeżonych – stało się udziałem wykształconego ogółu.
Georgiańska Wielka Brytania to czasy przepychu, ekstrawagancji i ostrych społecznych kontrastów. Obok głodu i biedy błyskawicznie rosły zasilane węglem i parą fortuny, których właściciele nie wahali się demonstrować swojego bogactwa, zmieniając biżuterię kilka razy dziennie i zdobiąc drogimi kamieniami nawet klamry, sprzączki i guziki.
Nad ranem 1 sierpnia 1714 r. zmarła Anna Stuart. Królowa odeszła bezpotomnie, kończąc panowanie szkockiego rodu na brytyjskim tronie. Tego samego dnia, na mocy Ustawy o następstwie tronu (Act of Settlement), sukcesorem korony został jej kuzyn Jerzy Ludwik z domu Hanowerskiego. Nowy król przybył na wyspy w wieku 55 lat, nie znając słowa po angielsku. Przyszło mu władać państwem, o którym wiedział równie mało. Mimo to jego intronizacja okazała się początkiem okresu handlowych i militarnych triumfów królestwa. Epoka georgiańska trwała ponad 100 lat, a jej ramy wyznaczyły rządy łącznie czterech władców noszących to samo imię: Jerzy, czyli George.
Wraz z początkiem XVIII w. na Wyspach Brytyjskich rozpoczął się czas znaczących zmian ustrojowych. W 1707 r. podpisano Akt unii (Act of Union 1707) dokonujący zjednoczenia Królestw Anglii i Szkocji. Nowo powstałe Królestwo Wielkiej Brytanii stało się jednym z najlepiej prosperujących państw świata. U podstaw tej potęgi legła rozpoczynająca się właśnie rewolucja przemysłowa.
Dawne rolnictwo, produkcja manufakturowa oraz rzemieślnicza ustępowały miejsca fabrykacji na wielką skalę. W 1733 r. wynalazca John Kay skonstruował pierwszą mechaniczną maszynę tkacką, tzw. latające czółenko (Flying Shuttle), dzięki któremu jeden pracownik mógł wytwarzać tkaniny o dowolnej szerokości dwa razy szybciej niż przed wynalezieniem urządzenia. Kolejną niezwykłą innowacją przemysłu przędzalniczego była „przędząca Jenny” (Spinning Jenny) – maszyna skonstruowana przez Jamesa Hargreavesa. Początkowo napędzana siłą mięśni, szybko udoskonalona o napęd wodny, stała się jednym z kluczowych elementów w uprzemysłowieniu produkcji tekstylnej.
Jednak to nie urządzenia tkackie przyniosły prawdziwy przewrót, a wynalazek Thomasa Newcomena (nazywanego z tego powodu ojcem rewolucji przemysłowej). Już w 1712 r. zbudował pierwszy egzemplarz silnika parowego – mechanizmu, który przez kolejne kilkadziesiąt lat (w niemal niezmienionej postaci) będzie torował drogę industrializacji. Dopiero w połowie lat 70. XVIII w. silnik Newcomena został zmodernizowany przez szkockiego inżyniera Jamesa Watta, zyskując formę maszyny parowej. Urządzenie znalazło powszechne zastosowanie do napędu pomp odwadniających kopalnie oraz dmuchaw zasilających powietrzem wielkie piece hutnicze. Wynalezienie maszyny parowej w zasadniczy sposób wpłynęło na zwiększenie wydobycia węgla, rozwój przemysłu hutniczego oraz transportu. W przypadku tego ostatniego niebagatelne okazało się też odkrycie asfaltu – materiału, dzięki któremu trwająca dwa tygodnie podróż z Londynu do Edynburga uległa skróceniu do zaledwie dwóch dni. Wielka Brytania stawała się potężna, a w parze z napędzającą ją rewolucją podążały niespotykane wcześniej sukcesy na polu polityki handlowej.
W czasach, gdy większość europejskich mocarstw skupiała swoje zainteresowanie na poszerzaniu terytoriów oraz realizowaniu interesów dynastycznych, Wielka Brytania – wzorem Niderlandów – za cel obrała właśnie rozwój handlu. Oczywiście nie znaczy to, że państwo zarzuciło wcześniej wspomniane dążenia, jednakże poczyniono niesłychany wysiłek, aby stworzyć globalną sieć wpływów zabezpieczającą korzyści kraju i jego przedsiębiorców. Bezpieczeństwo tej inwestycji zapewniała potężna Royal Navy nadzorująca liczne szlaki wymiany towarów. Była to machina tak sprawna, że przez ponad 100 lat pozostawała bezkonkurencyjna, dzierżąc miano najsilniejszej floty wojennej na świecie. To dzięki jej aktywności Wielka Brytania zyskała możliwość budowy ogromnej sieci placówek handlowych na całym globie, a także ścisłej kontroli zamorskich kolonii.
W połowie XVIII w. Zjednoczone Królestwo zarządzało już całym globalnym handlem, generując olbrzymie zyski – zarówno państwowe, jak i prywatne. Przedstawiciele wysokich warstw społecznych oraz klasy średniej w krótkim czasie stali się niezwykle bogaci (w przeciwieństwie do coraz biedniejszych obywateli warstw nieuprzywilejowanych). Po raz pierwszy o pozycji w społeczeństwie nie decydowało urodzenie, a stan posiadania. Dziedzice świeżych fortun mogli swobodnie wybierać pomiędzy działalnością społeczną i beztroskim podejściem do życia. Rozkwit przeżywała moda, sztuka i budownictwo. Przeobrażeniu ulegały całe kwartały brytyjskich miast – stawiano domy, reprezentacyjne urzędy państwowe oraz pałace dla starej i nowej elity. Przestrzeń miejską wypełniały zaplanowane z rozmachem założenia architektoniczne. Odrzucano „stare” stuartowskie trendy, zastępując je „nowymi” klasycznymi wzorcami.
Początki epoki georgiańskiej przyniosły prawdziwy boom na architekturę wzorowaną na dziełach włoskiego architekta Andrei Palladia (wkrótce zamienioną na formy neoklasycystyczne, a następnie neogotyckie). Wraz z początkiem panowania Jerzego III wnętrza zamożnych brytyjskich domów zaczęła wypełniać porcelana Wedgwooda, meble w stylu chippendale i sheraton, a ściany ozdabiały obrazy Joshuy Reynoldsa i Thomasa Gainsborough. Oprócz architektury i wystroju wnętrz epoka georgiańska przyniosła także znaczący postęp na polu sztuki zdobniczej. Zaczęto zamawiać olbrzymie ilości biżuterii, zaś efekty pracy działających w Zjednoczonym Królestwie złotników szybko zostały uznane jako jedne z najlepszych na świecie.
Początkowo gusta kształtowała biżuteria w stylu rokokowym, często oparta na motywach zaczerpniętych z flory. Wspaniałym przykładem tego typu ozdób są pierścienie giardinetti – imitujące maleńkie kompozycje lub koszyki kwiatów. Te stylizowane klejnoty z czasem ustąpiły miejsca prostszym formom: koniec epoki wyznaczały już wzory geometryczne oraz neoklasycystyczne.
Georgiańskie ozdoby wykonywano w całości ręcznie, chociaż pracę przyspieszyły opatentowane w połowie XVIII w. nowoczesne walcarki. Dzięki nim uczniowie zatrudnieni w warsztatach złotniczych nie musieli już godzinami kuć złotych i srebrnych blach na cienkie płaty, z których potem korzystali mistrzowie. Choć klientów stać było na złoto, najmodniejszym metalem szlachetnym było wówczas srebro, którego używano przede wszystkim do oprawy diamentów. W celu zabezpieczenia skóry i odzieży przed zabrudzeniami, jakie powodowało srebro, opracowano nowe metody krycia złotem spodnich, niewidocznych części wyrobów. Oprawy wykonywane ze złota chętnie stosowano za to do kamieni kolorowych, wśród których powodzeniem cieszyły się granaty, ametysty, topazy oraz szmaragdy i rubiny.
Niezwykle charakterystycznym elementem biżuterii georgiańskiej była zamknięta, wyściełana kolorową folią oprawa. To efektowne rozwiązanie powstało z potrzeby uwydatnienia właściwości optycznych kamieni, z którymi nie radziła sobie w pełni ówczesna technika szlifierska. Folia pomagała uzyskać atrakcyjną grę światła wpadającego poprzez powierzchnię kamienia do wnętrza oprawy. Nadawała blask klejnotom oraz „barwiła” co bledsze egzemplarze. Konstrukcję tworzono, nakładając kamień na małe lusterko zrobione z cieniutkiej metalowej folii. Taki odbłyśnik mógł mieć różne kolory, jednak za najpiękniejsze uchodziły te o barwie fuksjowego różu.
Późnorokokowy angielski pierścień z około 1779 r., wykonany ze złota i srebra, ozdobiony białymi kryształami i różową folią; zdjęcie: Tomasz WichrowskiPóźnorokokowy angielski pierścień z około 1779 r., wykonany ze złota i srebra, ozdobiony białymi kryształami i różową folią; zdjęcie: Tomasz Wichrowski
Innym typowym dla epoki rodzajem ozdób była biżuteria sentymentalna. Największy rozkwit jej popularności przypadł na pierwsze dziesięciolecia XIX w. Miniatury portretowe, ozdoby ze schowkami na kosmyki włosów czy przykryte kryształem malutkie rysunki oczu stanowiły dowody pamięci i miłości. Matki zamawiały tego typu ozdoby, aby zawsze mieć przy sobie portrecik lub kosmyk włosów dziecka. Małżonkowie oraz kochankowie czynili podobnie, zaś po śmierci bliskiej osoby zamawiano, ozdabianą zazwyczaj czarną emalią, biżuterię żałobną.
Wraz z upływem czasu społeczeństwo brytyjskie zaczęło odrzucać ustanowione w przeszłości prawa określające, jakie elementy ubioru i biżuterii mogą nosić przedstawiciele poszczególnych stanów (Sumptuary Laws). Biżuteria przestała być domeną wybranych, a popyt na nią zaczął rosnąć w zawrotnym tempie. Z miesiąca na miesiąc pojawiały się nowe wzory ozdób, przypisane specyficznemu przeznaczeniu, a nawet porze dnia.
Niebagatelny wpływ na rozwój sztuki złotniczej miała postępująca w owym czasie emancypacja kobiet. Po raz pierwszy Brytyjki miały taką swobodę w kreowaniu własnego wizerunku. Dobrze zorientowane w literaturze, sztuce i polityce przedstawicielki elity z przyjemnością porzuciły rolę gospodyń domowych i salonowych dekoracji. W pełni uczestnicząc w dyskursie społecznym, gościły i przyjmowały gości na balach czy podczas spotkań w modnych Pump Rooms, czyli domach zdrojowych, jak te w Bath czy Tunbridge Wells. Wszelkim spotkaniom oraz zabawom sprzyjał rozwój w technologii produkcji świec, które paliły się coraz jaśniej i coraz dłużej. Wydłużona dobowa aktywność wytworzyła również nowy podział na to, czym ozdabiano się za dnia, a czym wieczorem.
Naturalne światło doskonale nadawało się do uwydatnienia walorów wszelkich kolorowych kamieni oraz ich szklanych odpowiedników. Za dnia bardzo chętnie sięgano też po perły, wśród których niezwykłą popularnością cieszyły się maleńkie perłowe „zarodki” poławiane u wybrzeży Indii. Wykorzystywano je m.in. do tworzenia bardzo długich naszyjników – tzw. sautoir – zakończonych chwostem (również perłowym) lub obsadzano nimi kolorowe kamienie zdobiące broszki i pierścionki. W modzie były ekstrawagancja i obfitość, więc te ostatnie noszone były na każdym palcu, czasem po kilka naraz (podobnie jak bransolety na nadgarstkach). Wyjątkową popularnością wśród kobiet cieszyły się dewizki, na których zawieszano najpotrzebniejsze akcesoria np. przybory do szycia, a wśród mężczyzn – ozdobne klamry do pasków i butów, oraz wysadzane kamieniami guziki.
Nocą na salonach królowały diamenty. Za sprawą nowo odkrytych złóż w Indiach oraz Brazylii były o wiele łatwiej dostępne. Jednak prawdziwa brylantowa fala zalała Anglię wraz z przybyciem emigrantów ratujących się przed rewolucją francuską. Skorzystał na tym największy brytyjski miłośnik tych kamieni – książę Walii. Przyszły król nie szczędził środków na biżuterię oraz przyjęcia. Wydawane przez niego bale przeszły do historii z racji swego przepychu i wyszukanych strojów. Damy goszczące na tych wieczornych spotkaniach zakładały opływające szyję, modne naszyjniki w stylu rivière lub przywdziewały zestawy klejnotów – określane mianem parure. Znane są również opowieści o modnych arystokratkach zamawiających na królewskie przyjęcia przebrania w całości wyszywane klejnotami.
Biżuteria gregoriańska dziś należy do rzadkości. Po latach użytkowania była przetapiana, by już w nowej formie zaspokoić potrzeby właścicieli. Egzemplarze, które przetrwały, są bez wątpienia pięknymi przykładami pracy dawnych projektantów oraz jedymi z ostatnich tego typu ozdób wykonywanych w starych, ręcznych technikach. Wkrótce dzięki galopującemu postępowi triumfy w złotnictwie święcić zaczęły nowe technologie. Wykonywane z ich pomocą formy mogły powstawać szybciej i w większej ilości, lecz nierzadko brakowało im niepowtarzalnego czaru ozdób georgiańskich – choć widać to dopiero z perspektywy czasu.
Podobnie jak dziś pamiątkowe fotografie, tak kiedyś wspominaniu zmarłych służyła żałobna biżuteria, którą bogacze zamawiali u mistrzów rzemiosła, a biedacy wykonywali sami z kosmyków włosów swoich bliskich.
Zapomniany dziś zwyczaj noszenia biżuterii żałobnej korzeniami sięga antyku, ale największy rozkwit tej tradycji przypadł na czasy pomiędzy średniowieczem a końcem XIX w. Popularne motywy wanitatywne, takie jak czaszki i skrzyżowane piszczele, miały początkowo skłaniać właściciela ozdoby do refleksji nad przemijalnością życia i dóbr doczesnych. Podobne moralizatorskie przesłanie niosło rytowane w metalu wezwanie memento mori znaczące dosłownie „pamiętaj o śmierci”. W epoce renesansu zaczęto przykładać więcej wagi do personalizowania żałobnych ozdób. Od XVI w. znane są zapisy w testamentach przekazujące środki oraz instrukcje dotyczące klejnotów mających upamiętnić legatora. Tradycyjnie były to pierścienie.
Żałobne klejnoty wykonywano najczęściej ze złota, które następnie dekorowano czarną emalią oraz wspomnianymi motywami. Przez wieki ten rodzaj stylistyki utrwalił się jako wzorzec, choć z czasem ozdoby nabrały dużo bardziej osobistego wyrazu. Już w XVII w. biżuterię zaczęto zaopatrywać w miniaturowe przedstawienia upamiętnianej osoby. Być może wzór dla nich stanowiły pierścienie angielskich rojalistów ozdobione wizerunkiem króla Karola I Stuarta.
Karol I pomimo licznej grupy stronników był władcą niepopularnym. Przejawiał zapędy absolutystyczne, prowadził bezwzględną politykę podatkową oraz wzorem swojego ojca porwał się na próby przejęcia kontroli nad Kościołem. Decyzje, które poróżniły go z częścią poddanych i parlamentem, doprowadziły w końcu do wybuchu wojny domowej. Przegrana w niej zakończyła się dla króla tragicznie. 30 stycznia 1649 r. w Londynie Karol I Stuart jako pierwszy i jedyny angielski władca został poprowadzony na szafot i ścięty. Wraz z egzekucją króla na pewien czas zniesiona została sama monarchia, a rządy jako lord protektor przejął Oliver Cromwell.
Zepchnięci na margines stronnicy króla zaczęli wykorzystywać biżuterię z podobizną Karola jako symbol żałoby oraz lojalności wobec władzy królewskiej. Wielu z nich w okresie bezkrólewia utraciło majątki na rzecz protektoratu, więc poza ideologicznymi mieli również finansowe powody, by popierać monarchię. Okazując swoją lojalność, liczyli na wynagrodzenie po ewentualnym odzyskaniu tronu przez Stuartów.
Klejnoty musiały być na tyle dyskretne, by ich noszenie nie stwarzało ryzyka zdemaskowania. Poza niewielką miniaturą portretową umieszczoną pod kryształem mogły być przyozdobione królewskimi inicjałami lub datą śmierci. W okresie represji wykonywano je w formie sekretników. Istniały także ozdoby z ukrytymi w schowkach kosmykami włosów króla lub kawałkami tkaniny przesiąkniętej jego krwią. Po przywróceniu ustroju monarchicznego w 1660 r. biżuteria wyrażająca żałobę po Karolu I Stuarcie stała się legalna. Jednocześnie jej noszenie nie utraciło wcale politycznego charakteru – klejnoty często stawały się osią sporów pomiędzy tymi, którzy uważali się za długoletnich zwolenników monarchii, a pozostałymi, których ci pierwsi oskarżali o podlizywanie się nowej władzy.
Mimo konfliktów, jakie wzniecały, precjoza poświęcone Karolowi I są istotnym przykładem wspólnoty różnych klas społecznych na polu rojalizmu. A także bardzo ważnym etapem w rozwoju samej biżuterii żałobnej. Symbolika tych ozdób wykraczała bowiem daleko poza wątek rojalistyczny, odnosząc się bezpośrednio do idei upamiętnienia samej śmierci. Z biżuterii monarchistów wyewoluowały ozdoby wyrażające żal po osobistej stracie. W niedługim czasie ten rodzaj upamiętnienia stał się niezwykle popularny, czego efektem było ukształtowanie się całej dziedziny złotnictwa skupiającej się na żałobie.
U schyłku XVII w. mało kto miał dostęp do emaliowanych lub malowanych miniatur, dlatego wybierano raczej inne rozwiązania identyfikujące ozdobę ze zmarłą osobą. Obok inicjałów, inskrypcji i związanej ze śmiercią ikonografii wybór padał najczęściej na włosy. Z wielką precyzją umieszczano je w pierścieniach, zawieszkach, broszkach, kolczykach, a nawet spinkach do mankietów. Charakterystyczne dla tego okresu były klejnoty ozdobione płaskim kryształem o fasetowanych bokach przykrywającym kompozycję misternie plecionych włosów zmarłej osoby, ozdobionych maleńkim monogramem ze złotego drutu. Ze względu na swoją proweniencję dziś ozdoby te nazywane są kryształami Stuartów.
W tamtych czasach śmierć była stałym towarzyszem życia. Wojny, choroby (w tym liczne epidemie), ciężkie porody oraz wysoka śmiertelność wśród dzieci powodowały, że niemal niemożliwe było napotkanie osoby niedotkniętej stratą. Kondukty pogrzebowe stanowiły regularny widok na ulicach brytyjskich miast. W zależności od pozycji społecznej zmarłego mogły składać się nawet z setek osób.
Znany angielski urzędnik państwowy i pamiętnikarz Samuel Pepys zapisał w swoim dzienniku, że na ceremonię związaną z pogrzebem złotnika sir Thomasa Vynera musiano wynająć aż dwie miejskie sale zgromadzeń, a goście i tak zmuszeni byli tłoczyć się w ciasnocie. W innym miejscu Pepys wspomina kondukt pogrzebowy swojego kuzyna Anthony’ego Joyce’a, który według jego rachuby liczył 400 lub 500 żałobników. Tak znaczna liczba zgromadzonych nie wynikała jedynie z samego żalu, lecz również z obowiązku zapraszania jak największej liczby krewnych i przyjaciół przez najbliższych zmarłego. Do powinności pogrzebowych należało także rozdawanie czarnych szalików, opasek oraz żałobnych pierścieni, które klasyfikowane były według rangi i stopnia pokrewieństwa. Zapisywane w testamentach, drogie i zdobne pierścienie ze złota przypadały zazwyczaj najbliższej rodzinie. Na pogrzebie samego Samuela Pepysa w 1703 r. rozdano aż 123 takie pierścienie (podzielone na trzy klasy w cenie 10 szylingów, 15 szylingów i 20 szylingów – ostatnia wartość równała się około 100 dzisiejszym funtom brytyjskim). Pierścienie rozdawane na pogrzebach nie musiały mieć wyszukanej formy, a jedynie grawerunek z inskrypcją dotyczącą zmarłej osoby. Zdarzało się, że niektórzy bywali żałobnicy gromadzili pełne szkatuły takich ozdób, które, nigdy nienoszone, przetrwały do naszych czasów w niemal nieskazitelnym stanie.
W 1742 r. pisarz Edward Young wydał nowy poemat Myśli nocne: treny, albo myśli nocne o życiu, śmierci i nieśmiertelności. Niezwykła popularność tego dzieła niemal na pewno jeszcze wzmogła zainteresowanie biżuterią żałobną. W tym samym czasie – pod wpływem estetyki rokoka – kryształowe elementy żałobnych pierścieni uległy zmniejszeniu, przybierając często wymowne, ornamentyczne kształty, np. maleńkich trumien. Bardziej fantazyjnych form nabrały także obrączki pierścieni. Przypominały wstęgi lub zwoje, na których grawerowano pamiątkowe napisy poświęcone zmarłej osobie. Niektóre pierścienie ozdabiano miniaturkami ludzkich szkieletów z kości słoniowej, emalii lub papieru. Oprawę nadal tworzono w barwach czarnej i złotej, choć wyjątek stanowiły emaliowane na biało pierścienie poświęcone dzieciom i osobom przed ślubem.
W połowie XVIII w. rokoko ustąpiło pola modzie neoklasycystycznej i wzorom nawiązującym do antyku. Wykonywane wówczas ozdoby cechowała niezwykła elegancja i dbałość o detal. Używano różnych odcieni złota, kolorowych emalii oraz ulubionych maleńkich pereł, z których komponowano inicjały, ornamenty, a nawet całe scenerie. Biżuterię sentymentalną zdobiły także miniatury żałobne malowane na kości słoniowej lub białym emaliowym podkładzie. Przedstawiały najczęściej sceny smutku z ubraną w tunikę postacią, pogrążoną w żałobie przy urnie ustawionej pod płaczącą wierzbą (po angielsku weeping willow, czyli Salix sepulcralis po łacinie – wybór drzewa naturalnie był nieprzypadkowy). Aby nadać ozdobie osobisty charakter, długie gałęzie wierzby tworzono niekiedy z włosów upamiętnianej osoby.
W latach 20. XIX w. wyobraźnią artystów zaczął rządzić neogotyk (niemniej nadal chętnie powracano do wcześniejszych stylów). Zaczęto tworzyć ozdoby oparte na ujednoliconych wzorcach. Ponownie największą popularnością cieszył się czarno-złoty zestaw kolorów. W dekoracjach wykorzystywano głównie charakterystyczny gotycki krój pisma. Widoczne części klejnotów często przyozdabiano napisem In memory (Ku czci), podczas gdy od wewnętrznej strony umieszczano pamiątkowy tekst.
Epoka wiktoriańska wyniosła zwyczaje żałobne na nowy, nieznany dotąd poziom. Po śmierci księcia Alberta w 1861 r. królowa Wiktoria wraz z całym dworem pogrążyła się w głębokim smutku wyrażanym serią osobistych rytuałów. Jej żałoba trwała aż 40 lat. W tym czasie królowa nakazywała służbie utrzymywać pałac w takim stanie, w jakim był w dniu śmierci Alberta. Dbać o jego garderobę, gorącą wodę do golenia oraz pościel, tak jakby książę żył. Dzięki rozwojowi fotografii część zwyczajów Wiktorii stała się znana opinii publicznej. Za sprawą konwenansu oraz surowych społecznych norm kształtujących niemal każdy aspekt życia angielskich obywateli smutek królowej nie mógł być odbierany inaczej niż jako wzór.
Żałobę trzeba było wyrażać długo i publicznie. Obowiązywały ścisłe zasady dotyczące zachowania oraz wyglądu – głównie kobiet. Używanie większości rodzajów ozdób w czasie żałoby było zabronione. Wyjątek czyniono dla biżuterii żałobnej.
Duża część ozdób tworzona była z użyciem czarnego gagatu z Whitby, spopularyzowanego podczas Wielkiej Wystawy w 1851 r. Ten błyszczący i lekki minerał wyjątkowo łatwo poddawał się modelowaniu. Powstawały z niego naszyjniki, bransolety, kolczyki i inne ozdoby tak powszechnie dziś kojarzone ze stylem epoki wiktoriańskiej. Drugim materiałem używanym na masową skalę były włosy – tych, które pochodziły od upamiętnianej osoby, było często zbyt mało lub miały złą jakość, więc by sprostać olbrzymim potrzebom klientów, angielscy rzemieślnicy zmuszeni byli importować około 50 ton ludzkich włosów rocznie. Biżuterię wykonywali nie tylko złotnicy, lecz także perukarze i fryzjerzy. Ozdoby tworzone z włosów były pracochłonne, a w związku z tym kosztowne. Kogo nie było stać na zamówienie takiego przedmiotu u rzemieślnika, ten próbował wykonać pamiątkę własnoręcznie. Było to możliwe dzięki łatwo dostępnym wzornikom, książkom oraz „zestawom startowym”. Wielkie zapotrzebowanie na ozdoby żałobne wynikało z wysokiej śmiertelności, jaką notowano w owych czasach – w Londynie średnia długość życia mężczyzn z klasy średniej i wyższej wynosiła 44 lata, 25 lat dla handlarzy oraz jedynie 22 lata dla robotników.
Sentymentalna lub żałobna bransoleta z epoki wiktoriańskiej, wykonana z gagatu z Whitby, w formie paska ze złotą sprzączką; zdjęcie: StolenAttic, www.stolenattic.comWiktoriańska żałobna bransoleta tkana z brązowych włosów, ozdobiona elementami ze złota, w formie uroborosa – węża pożerającego własny ogon, symbolu nieśmiertelności; zdjęcie: StolenAttic, www.stolenattic.comWiktoriańska żałobna bransoleta tkana z brązowych włosów, ozdobiona perłami; zdjęcie: StolenAttic, www.stolenattic.com
Biżuteria żałobna używana była również poza Wielką Brytanią i krajami Wspólnoty Brytyjskiej. W rozbiorowej Polsce oprócz typowych pamiątek sentymentalnych używano także wyjątkowych ozdób patriotycznych. Tzw. czarną biżuterię zaczęto wyrabiać w okresie powstania styczniowego – poza ideami patriotyzmu przedmioty te miały za zadanie wyrażać symboliczną żałobę po ojczyźnie.
Sentymentalna biżuteria wyszła z mody na początku XX w., chociaż pamiątkowe ozdoby na krótko przypomniały o sobie w okresie drugiej wojny światowej. Po jej zakończeniu o tradycji zapomniano. Dziś taki rodzaj upamiętnienia może wydawać się groteskowy, lecz jeśli bez uprzedzeń przyjrzymy się czasom, dla których był charakterystyczny, zrozumiemy związane z nim ludzkie emocje. Możliwość zatrzymania przy sobie cząstki ukochanej osoby, jaką oferowały ozdoby, poza żalem pozwalała wyrazić przede wszystkim miłość. I jest to gest, który wykracza poza czas i kulturę.
Sumeryjska bogini nieba Inanna miała naszyjnik i laskę z lapis-lazuli, a barwnikiem otrzymywanym z tego minerału malowano szaty Madonny. Skała wydobywana w górach Azji Centralnej to opoka wielu kultur.
Zimne, niegościnne pustkowie afgańskiej prowincji Badachszan tworzy siatka skalistych szczytów, poorana zdradliwymi wąwozami. Piętrzy się tu wysokie na 7500 m n.p.m. pasmo górskie Hindukusz, którego nazwa w pełni wyraża nieprzyjazny charakter tego miejsca – w języku paszto Hindu Kusz znaczy „zabójca Hindusów”. Pomimo tak niesprzyjających warunków kopalniane wyrobiska eksploatowane są tu nieprzerwanie od ponad 6 tys. lat. Wydobywa się w nich lapis-lazuli – kamień, który w wielu kulturach stał się atrybutem boskości oraz jednym z pierwszych towarów luksusowych.
Najrzadszy z barwników
Lapis-lazuli (dosłownie: niebieski kamień) jest skałą metamorficzną, czyli przeobrażoną w głębi skorupy ziemskiej. Współcześnie zalicza się go do kamieni półszlachetnych. Ma umiarkowaną twardość, co czyni go stosunkowo łatwym w obróbce. Tym jednak, co zdecydowało o jego olbrzymim znaczeniu, była piękna ciemnoniebieska barwa, którą zawdzięcza jednemu ze swoich składników: lazurytowi. Kamienie i klejnoty od czasów starożytnych związane były z wierzeniami, magicznymi mocami i ze statusem społecznym. Nie należy traktować ich wyłącznie jako minerałów – to także elementy kultury, mitologii oraz sztuki. W klejnotach odbijają się ludzkie motywacje, aspiracje i obawy.
Dla wielu społeczeństw niebieski był barwą o wymiarze symbolicznym. Działo się tak zapewne dlatego, że człowiek pragnie wszystkiego, co niedostępne lub niepospolite – a niebieskie pigmenty są jednymi z najrzadziej występujących na Ziemi. U nielicznych roślin i zwierząt, które mogą poszczycić się tym kolorem, stanowi on najczęściej barwę strukturalną. Oznacza to, że ich organizmy nie zawierają niebieskiego pigmentu, ale na drodze ewolucji wykształciły subtelne struktury załamujące światło, by wygenerować różne odcienie błękitu. Ludzie, chcąc pozyskać ten kolor dla siebie, musieli sięgnąć po skały i minerały. W starożytności wybór mieli niewielki: oprócz bardzo rzadkich i twardych szafirów oraz jasnoniebieskich turkusów jedynie lapis-lazuli.
Przez wiele epok karawany kupców z Baktrii – jak kiedyś nazywano obszar Badachszanu – wyładowane cennym kamieniem docierały do miast Indii, Chin, Rzymu, Grecji, Egiptu oraz Mezopotamii, krainy leżącej w dorzeczu Tygrysu i Eufratu.
Inkrustacja w kształcie oka, ok. 2600-2500 p.n.e., Sumer; zdjęcie: MET/domena publicznaFigurka modlącej się kobiety, ok. 2600–2500 p.n.e., Sumer; zdjęcie: MET/domena publiczna
Udokumentowana historia obrotu lapis-lazuli sięga neolitu. Najdawniejsze ślady, sprzed około 9 tys. lat, pochodzą z doliny Indusu – gdy w połowie lat 70. XX w. francuscy archeolodzy przystąpili do przeszukiwania pozostałości starożytnych cmentarzy osady Mehrgarh, natrafili na liczne ozdoby wykonane z tego kamienia.
Około 7 tys. lat temu mieszkańcy Mezopotamii – prawdopodobnie pierwsi w historii – mieli wystarczająco dużo bogactwa oraz wolnego czasu, by zacząć poszukiwać dóbr luksusowych. Ich pragnieniami zawładnął niebieski kamień. Jego niezwykle wysoka pozycja została utrwalona m.in. w używanych w regionie językach – np. akadyjskie słowo zagindurû oznaczające lapis-lazuli (ale też niebieski barwnik czy niebieskie szkło) zawiera termin za-gin, który określa coś lśniącego i cennego. Co ciekawe, starożytne języki z reguły nie miały osobnego słowa nazywającego sam kolor niebieski. Związane jest to ze wspomnianym rzadkim występowaniem tej barwy w przyrodzie.
Ekskluzywny charakter niebieskiego sprawił, że kolor – zarówno w Mezopotamii, jak i innych krainach – rezerwowano najczęściej dla wysokich warstw społecznych oraz władzy. Dobrym tego przykładem jest wykorzystanie całej palety błękitu jako klucza programu dekoracyjnego północno-zachodniego pałacu Aszurnasirpala II w Nimrud. Niebieskie były tamtejsze malowidła ścienne, a także różnego rodzaju detale architektoniczne, m.in. glazurowane cegły, kolorowane rzeźby i wielkoskalowe płaskorzeźby.
W starożytnej Mezopotamii z lapis-lazuli wytwarzano duże ilości drobnych przedmiotów osobistych. Mogły to być figurki zwierząt albo ludzi, biżuteria czy pieczęcie cylindryczne, których używano do odciskania oficjalnych podpisów oraz inskrypcji religijnych w wilgotnej glinie.
Królewskie grobowce
Przykładem najbardziej wyrafinowanych artefaktów z lapis-lazuli są niewątpliwie te odnalezione w południowym Iraku przez Charlesa Leonarda Woolleya. W 1922 r. ten brytyjski badacz starożytnego Bliskiego Wschodu, uznawany obecnie za prekursora współczesnej archeologii, objął kierownictwo wykopalisk w Tall al-Mukajjar – niegdyś słynnym mieście Ur. Po wielu niepowodzeniach, związanych m.in. z nieuczciwością robotników, dokonał przełomowego odkrycia. Spod grubej pokrywy pustynnego piasku oraz cegieł, pochodzących z późniejszych nawarstwień, wydobył nekropolię należącą do starożytnego miasta. Dzisiejsze szacunki wskazują, że w miejscu tym grzebano zmarłych przez blisko 3300 lat.
Woolley odkrył tam ponad 2 tys. pochówków. Szesnaście grobowców, które ze względu na inskrypcje nazwał królewskimi, wyróżniało się wyjątkową konstrukcją oraz wyposażeniem. Poza niezliczonymi egzemplarzami biżuterii, broni czy złotych naczyń archeolodzy odnaleźli tam: lirę (należącą kiedyś do sumeryjskiej królowej Pu-abi) ozdobioną złotą głową byka i stylizowaną brodą właśnie z lapis-lazuli; dwa złocone, wsparte o złote zarośla baranki, których futro również wykonano z niebieskiego kamienia oraz muszli; wreszcie jeden z najbardziej emblematycznych przykładów sztuki Sumeru – słynną zdobioną skrzynię zwaną sztandarem z Ur, także z lazurytu i masy perłowej.
Wspomniany kamień jest też najczęściej wymienianym klejnotem w źródłach pisanych kultury sumeryjskiej. Licząca około 5 tys. lat historia bogini Inanny przywołuje go jako niezwykle ważny emblemat boskiej władzy. Mit ten opowiada o zstąpieniu wielkiej bogini, Królowej Niebios, do świata podziemnego, jej zmaganiach z bliźniaczą siostrą Ereszkigal, Królową Umarłych, i przywróceniu w ten sposób równowagi życia i śmierci. Nieustraszona Inanna (nazywana później imieniem Isztar), szykując się do podróży, włożyła emblematy swojej boskiej władzy będące także rezerwuarem jej magicznych mocy – poza najwspanialszymi szatami oraz koroną nieba miała naszyjnik i laskę wykonane z lapis-lazuli. Wybór tego kamienia na potrzeby legendy nie może dziwić, zważywszy na to, że w starożytnym Sumerze był on powszechnie kojarzony z boską władzą. Sumeryjczycy wierzyli, że kamień zawiera w sobie duszę bóstwa, z którą można się połączyć przez noszoną na ciele biżuterię.
Również w starożytnym Egipcie lapis-lazuli odgrywał niezwykle ważną rolę – podobnie jak w Mezopotamii zostało to utrwalone w języku. By nazwać kolor niebieski, Egipcjanie często korzystali z określenia „lapis-lazuli-podobny”, samą zaś barwę, symbolizującą dla nich nadprzyrodzoność, utożsamiali z domem najwyższego bóstwa Ra, czyli niebem – po egipsku nazywanym shbd, tak samo jak lapis-lazuli.
Od samych początków egipskiej państwowości lapis-lazuli wykorzystywano do wyrobu biżuterii oraz amuletów, dekorowano nim też ozdobne przedmioty. Egipska Księga umarłych – zbiór magicznych tekstów, które miały pomóc zmarłej osobie w podróży przez Duat (świat podziemny) do raju – szczegółowo opisywała użycie lapis-lazuli w rytuałach pogrzebowych. W kontekście religijnym kamień utożsamiano ze zmartwychwstaniem, dlatego wiele spośród odnalezionych w grobowcach przedmiotów egipskiego rzemiosła artystycznego zawiera tę skałę. W życiu codziennym sproszkowany lazuryt służył bogatym Egipcjankom za cień do powiek. Kilka wieków później proszek ten znalazł zastosowanie jako pigment malarski, rewolucjonizując świat sztuki.
Figurka przedstawiająca boga Ptaha, wykonana ok. 945–600 p.n.e., Egipt; zdjęcie: MET/domena publicznaPierścień ozdobiony skarabeuszem z imionami Totmesa III i Hatszepsut (awers), ok. 1479–1458 p.n.e., Egipt; zdjęcie: MET/domena publicznaPierścień ozdobiony skarabeuszem z imionami Totmesa III i Hatszepsut (rewers), ok. 1479–1458 p.n.e., Egipt; zdjęcie: MET/domena publiczna
Wenecki monopol
Ultramaryna, bo o niej mowa, po raz pierwszy została użyta we wczesnym średniowieczu. Od około XIII w. zaczęto w Europie eksperymentować z jej recepturą, chcąc wzmocnić intensywność niebieskiej barwy. Jeden z opracowanych wówczas przepisów przedstawił włoski malarz Cennino Cennini w traktacie zatytułowanym Il Libro Dell’arte: O, Trattato Della Pittura (Księga sztuki lub traktat o malarstwie), do dziś stanowiącym bogate źródło informacji o technikach warsztatowych wczesnego włoskiego renesansu. Opisana przez Włocha długotrwała i skomplikowana ekstrakcja służyła oddzieleniu czystego lazurytu od pozostałych minerałów znajdujących się w składzie lapis-lazuli.
Aby pozyskać barwnik, według Cenniniego należy zacząć od selekcji materiału pod kątem zawartości lazurytu. Wybierano jak najciemniejsze fragmenty skały, które następnie wypalano, gwałtownie schładzano i mielono na drobny proszek. Powstały pył łączono z mieszaniną płynnej kalafonii sosnowej, mastyksu i wosku pszczelego. Dzięki tym zabiegom otrzymywano ciastowatą masę nazywaną pastello, którą potem przez tydzień przetrzymywano w temperaturze pokojowej, raz dziennie ugniatając. Po tym czasie masę łączono z podgrzanym potażem, który ekstrahował cząsteczki niebieskiego pigmentu. Proces, powtarzany kilka razy, pozwalał otrzymywać różne gradacje barwy – od ciemnoniebieskiej po bladą, zwaną ultramarynowym popiołem.
Filippino Lippi, „Madonna z Dzieciątkiem”, ok. 1483–1484; zdjęcie: MET/domena publiczna
Począwszy od XV w., import lapis-lazuli niemal w całości kontrolowała Wenecja. To przez jej porty dostawy azjatyckiego kamienia przybywały do Europy. Ten rodzaj transportu wpłynął również na określenie nazwy barwnika – ultramarinus znaczy „zza morza”. Ultramaryna była już wówczas najdroższym pigmentem świata. Dość często zaporowe ceny pigmentu blokowały pracę wielu słynnych malarzy. Na gest ze strony mecenasa musieli liczyć Michał Anioł czy Rafael Santi, a upodobanie Johannesa Vermeera do ultramaryny miało wpędzić go wraz z rodziną w olbrzymie długi. Niebieski barwnik stanowi dziś jeden z głównych wyróżników tego artysty – pojawia się on na niemal wszystkich dziełach Vermeera i to za jego pomocą malarz uzyskiwał charakterystyczną jasność silnego światła dziennego.
Johannes Vermeer, „Kobieta w błękitnej sukni”, ok. 1662–1665; zdjęcie: domena publicznaJohannes Vermeer, „Kobieta z dzbanem”, ok. 1658–1662; zdjęcie: domena publiczna
Odkrycie na początku XVIII w. błękitu pruskiego nie zadowoliło artystów. To jednak wciąż nie była ultramaryna: głęboka i trwała. Ten odcień w wersji syntetycznej uzyskano dopiero wiek później. W 1814 r. rytownik i malarz Jean-Joseph-François Tassaert w piecu do wypalania wapna przypadkiem zaobserwował osad o barwie łudząco przypominającej ultramarynę, co skłoniło francuskie Towarzystwo Wsparcia Przemysłu do rozpisania konkursu na proces syntezy barwnika. Dwóch chemików, Jean-Baptiste Guimet i Christian Gmelin, sprostało zadaniu i od roku 1828 tak kosztowny wcześniej kolor zaczął być powszechnie dostępny. Nie oznacza to jednak, że na prawdziwy lapis-lazuli brakuje już chętnych. Kopalnie w Badachszanie wciąż pracują, a niebieski kamień, nośnik najwznioślejszej symboliki wielu wspaniałych kultur, nadal – obok opium – stanowi najważniejszy produkt tej prowincji.
Ludzie zawsze kochali go za piękno, lecz przede wszystkim wierzyli w jego moc. Miał uzdrawiać chorych, a zmarłym zapewniać pomoc w zaświatach. Bursztyn, otoczony nimbem tajemnicy, wypełniał przestrzeń pomiędzy tym, co żywe, a nieożywionym.
Bursztyny zwykle mają barwę żółtopomarańczową, choć spotyka się też żółtobiałe i brązowe, rzadziej wiśniowe albo niemal czarne. Zdarzają się również okazy zielone oraz niebieskie – należy szukać ich w górskich kopalniach rozsianych wokół Santiago w Republice Dominikańskiej. Chociaż bursztyn wydobywany jest na całym świecie, to jego największe znane nam złoża znajdują się w rejonie Morza Bałtyckiego.
Ten, który można znaleźć na naszych plażach, nazywany jest sukcynitem – od łacińskiego succinum, gdyż już w czasach starożytnych (600 r. p.n.e.) domyślano się, że ów materiał to zastygły sok (łac. succus) drzewny. Dziś przypuszcza się, że pochodzi ze skamieniałej żywicy sosny bursztynowej (Pinus succinifera) lub modrzewnika (Pseudolarix wehri), ewentualnie jakiegoś wymarłego krewnego sośnicy japońskiej.
Wydostająca się z kanalików umiejscowionych pod korą żywica chroni rośliny przed atakami grzybów oraz owadów, zabezpiecza mechaniczne uszkodzenia i pomaga przetrzymać ekstremalne warunki. Przypuszcza się, że do znacznego jej wydzielania zmusiła bałtyckie drzewa nagła zmiana klimatu (zapewne na dużo bardziej wilgotny). Działo się to około 40 mln lat temu, w epoce nazywanej eocenem, gdy pradawne lasy porastały teren dziś częściowo zatopiony przez wody Bałtyku. Klimat tego rejonu był wówczas ciepły i wilgotny – bardziej przypominał tropikalną część dzisiejszej południowej Azji niż tak dobrze znany nam krajobraz lasów mieszanych i borów porastających nadmorskie wydmy.
W trakcie trwających miliony lat procesów fizykochemicznych bałtycka żywica była wystawiona na rozmaite warunki, wskutek czego zlepiła się z szeroką gamą materiałów organicznych. To dlatego bursztyny cechuje zróżnicowany wachlarz znakomicie zachowanych inkluzji – organizmów oraz ich fragmentów wprost wyjętych z pradawnej przyrody.
Inkluzja w bursztynie bałtyckim (Chruścik – około 13 mm długości, od głowy do końca odnóża), zdjęcie: Anders L. Damgaard, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons Inkluzja w bursztynie bałtyckim (mszyc – ok. 1,6 mm długości, bez skrzydeł), fot.: Anders L. Damgaard, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons
Wzdłuż Łaby, wzdłuż Wisły
uż w czasach prehistorycznych istniało zapotrzebowanie na bursztyn. Ludzie wydobywali go 10 tys. lat temu, na co wskazuje jego obecność w miejscach pochówku z okresu późnego paleolitu. Jednak to dopiero popyt ze strony starożytnych mieszkańców basenu Morza Śródziemnego doprowadził do utworzenia infrastruktury związanej z obrotem tym surowcem na wielką skalę.
Pierwsze transporty bursztynu wyruszyły z wybrzeży Morza Północnego i Bałtyckiego nad Adriatyk w epoce brązu. Początkowo bursztynowe szlaki prowadziły wzdłuż Łaby, przecinając Alpy w pobliżu dzisiejszej Resii i przełęczy Brenner, lecz z biegiem czasu wytyczono nową trasę – od Wisły przez Wielkopolskę, Śląsk, Bramę Morawską do przełęczy wschodnich Alp i dalej przez rzekę Isonzo do północnej części Zatoki Adriatyckiej. Tam droga się rozwidlała: jedna z odnóg kierowała się w stronę delty Padu, a druga docierała do wschodniego wybrzeża Adriatyku, by biec dalej do wybrzeży Morza Śródziemnego.
Początkowo handel „złotem północy” stanowił prawdopodobnie serie transakcji o krótkim zasięgu. W efekcie cena bursztynu, który docierał do greckiego czy rzymskiego odbiorcy, była już bardzo wysoka – po drodze wielu pośredników doliczało swoje marże. Bezpośrednia wymiana pomiędzy Italią a regionem bałtyckim zaczęła się dopiero w I w. n.e. Wtedy także dokonano pomiaru dystansu dzielącego oba regiony. Brak wcześniejszych ustaleń w tej kwestii nie wynikał jedynie z ograniczonych możliwości czy zaniedbania – dzięki tajemnicy spowijającej trasę bursztynu handlarze mogli podawać dowolne, często absurdalne odległości, nadając swojemu towarowi jeszcze bardziej egzotyczny charakter, tym samym windując jego ceny. Wysoki popyt na bursztyn spowodował, że handlujące nim społeczności zaczęły się bogacić. Bałtycki surowiec przyczynił się również do całkowitej przemiany pierwotnego rynku w rejonie śródziemnomorskim i wyparł zupełnie bursztyn sycylijski.
Śmierć i młodzieniec
Italscy Etruskowie utożsamiali bursztyn ze słońcem, magią i uzdrawianiem, ale też ze śmiercią. Z zaświatami szczególnie mocno kojarzono egzemplarze zawierające inkluzje – pradawne życie schwytane w pułapkę. Takie bursztyny były dla Etrusków symbolem życia po śmierci.
Dla ułatwienia podróży w zaświaty etruskim zmarłym wkładano do grobowców bursztynowe amulety, wykorzystywane przez nich za życia – i dokładano jeszcze kolejne wyłącznie do użytku pośmiertnego. Z racji swoich funkcji ochronnych oraz magicznych bursztyny wybierane były chętniej przez etruskie kobiety i to właśnie w miejscach ich pochówku znaleźć je można najczęściej – ta zależność jest tak silna, że obecność żywicy ułatwia archeologom ustalenie płci zmarłej osoby.
Etruska fibula w kształcie leżącej pary, V w. p.n.e., zdjęcie: MET/domena publicznWisiorek etruski – postać kobiety niosącej dziecko, V w. p.n.e., zdjęcie: MET/domena publicznaWisiorek etruski – Hippokamp, V w. p.n.e., zdjęcie: MET/domena publiczna
Wiele śródziemnomorskich mitów opisujących pochodzenie bursztynu wiąże go z tragiczną śmiercią młodzieńców. Z pewnością najbardziej znany jest grecki mit o Faetonie, przytoczony przez Owidiusza w jego epickim poemacie Metamorfozy (około VIII w. n.e.). Historię tę co prawda wspominają już wcześni autorzy greccy – Platon i Eurypides – ale to owidiańska wersja najwymowniej odwołuje się do bursztynu.
Faeton był synem Słońca (rzym. Sol, gr. Helios) i okeanidy Klimene, który mieszkał w świecie ludzi, w królestwie swojego ojczyma Meropsa. Młodzieniec lubił chwalić się boskim rodzicem, lecz pewnego razu jego przyjaciel Epafos – syn Jowisza i nimfy Io – podał w wątpliwość pochodzenie Faetona. Ten, zawstydzony, udał się do matki, błagając, by potwierdziła jego rodowód. Ona zaś pomimo własnych zapewnień poleciła synowi zwrócić się z prośbą do samego Słońca. Podążając za tą radą, Faeton udał się na wschód, przez Etiopię i Indie, do lśniącego pałacu Sola. Bóg przyjął go ciepło i zapewnił o swoim ojcostwie. Na dowód tego – przysięgając na rzekę Styks – obiecał spełnić każdą prośbę syna. Ośmielony deklaracją Faeton zapragnął przez jeden dzień powozić słonecznym rydwanem ojca. Sol, wiedząc, jak niebezpieczne dla syna będzie to zadanie, próbował odwieść go od tego pomysłu. Niestety Faeton się upierał, a związany przysięgą ojciec przystał ostatecznie na życzenie młodzieńca.
O poranku Faeton radośnie wyruszył w podróż po nieboskłonie. Jednak ogniste konie ciągnące rydwan, nie czując ciężaru Słońca, uznały powóz za pusty. Wymknąwszy się spod kontroli Faetona, zboczyły z kursu, czyniąc ogromne spustoszenie na Ziemi. Płomienie jadącego zbyt nisko rydwanu ogarnęły grunty, spaliły wzgórza, pola i lasy, wysuszyły rzeki, Libię zmieniły w pustynię, a mieszkańcom Etiopii poczerniły skórę. Dziką pogoń koni przerwała sama Ziemia, która zawołała na pomoc Jowisza – ten, nie mając wyboru, cisnął piorunem w rydwan. Strącony z nieba Faeton, płonąc, wpadł w nurt Erydanu.
Anonimowy niderlandzki artysta (na podstawie Hendricka Goltziusa), Upadek Faetona – ilustracja do Metamorfoz Owidiusza, około 1588 r., zdjęcie: MET/domena publiczna
Jego grób na dalekiej północy odnalazła matka, która wraz z córkami opłakiwała śmierć syna. Trwało to tak długo, że pogrążone w żalu po bracie Heliady zmieniły się w czarne topole. Ich łzy nie przestały jednak płynąć. Stwardniałe w słońcu w końcu spadały z dziewiczych gałęzi jako bursztyny. Te, zabierane przez jasną rzekę, odnajdowane były przez ludzi i wysyłane dalej, by ozdabiać rzymskie panny młode.
Jean Mathieu, ilustracja do Metamorfoz Owidiusza w wydaniu Nicolasa Renouarda, około 1619 r., zdjęcie: domena publiczna
Gruzy podwodnego zamku
W starożytności rozważania na temat pochodzenia bursztynu były bardzo popularne. Sugeruje to m.in. urodzony w 23 r. n.e. rzymski historyk i pisarz Pliniusz Starszy, który poświęca bursztynowi sporo miejsca w swoim dziele Historia naturalna. Omawiając różne pomysły dotyczące zastosowań oraz pochodzenia bursztynu, Pliniusz przytoczył np. fantazyjną opinię polityka ateńskiego Nikiasza (około 470–413 p.n.e.) – według niego surowiec miał być płynem wytwarzanym przez promienie zachodzącego słońca uderzające z impetem o powierzchnię ziemi i pozostawiające na niej gęsty, bursztynowy „pot”, zabierany później przez przypływy oceanu i wyrzucany na brzegi Germanii. Mimo wielu podobnych relacji rzymski uczony świadomy był organicznej genezy bursztynu. Wyrażał przekonanie, że pochodzi on od żywicy starych sosen, rosnących w regionie Oceanu Północnego – być może w krainie Hiperborejczyków na mitycznej wyspie Avalon.
W innym miejscu Historii naturalnej rzymski badacz podważył opinię ateńskiego mówcy i demagoga Demostratusa, który nazywał bursztyn etruskim słowem lyncurion i wywodził jego pochodzenie od moczu dzikiej bestii znanej jako lynx (samce tego gatunku miały produkować bursztynową substancję o barwie czerwonej, a samice – białą). Pliniusz słusznie zauważał, że owo stworzenie musiało tak naprawdę nie być bestią (rysiem), ale drzewem, które w Etrurii nazywano właśnie lynx. Błąd podobny do rozumowania Demostratusa powielało wielu innych pisarzy i historyków rzymskich – słysząc wspomnianą nazwę, z góry przypisali ją zwierzęciu.
W swoim dziele Pliniusz przytacza również pierwotną, germańską nazwę bursztynu – glæsum – która później przekształciła się w angielskie słowo glass, czyli szkło. Warto tu dodać, że współczesna niemiecka nazwa Bernstein – wywodząca się od dolnoniemieckiego terminu börnstēn, oznaczającego „płonący kamień” – jest protoplastką polskiego słowa „bursztyn”. Z kolei fenickie jainitar („morska żywica”) dało początek polskiemu wyrazowi „jantar”, a także litewskiemu gintaras oraz łotewskiemu dzintars. Bardzo ciekawe były legendy dawnych mieszkańców Łotwy i Litwy opisujące powstawanie bursztynu: opowiadały one o zniszczonym przez boga piorunów Perkunasa podwodnym bursztynowym pałacu, z którego gruz systematycznie wyrzucany był na brzeg Bałtyku.
Religia, magia, medycyna
Niewątpliwie to, że bursztyn jest cieplejszy niż inne klejnoty, dużo od nich lżejszy oraz przede wszystkim ma właściwości elektrostatyczne, przyczyniło się w starożytności do wiary w jego nadprzyrodzoną naturę. Związane z tym zapotrzebowanie do celów obrzędowych było znacznie większe niż do użytku dekoracyjnego. Bursztynu używano podczas uroczystości pogrzebowych, misteriów religijnych i magicznych, a także do uzdrawiania.
Wykonywano z niego ceremonialne pachnidła: oleje, maści oraz kadzidła – jak te odnajdowane w etruskich grobowcach. Kawałki drobno tłuczonego bursztynu pozostawiano tam najpewniej jako kadzidło do użycia dopiero w zaświatach (lub przynajmniej podczas podróży do pośmiertnej krainy). Bursztynowe okruchy palili również starożytni Egipcjanie, którzy bardzo chętnie łączyli pachnidła z symboliką boskości. Wierzyli, że zapach spalonych żywic pozwala na objawienie obecności bogów oraz że zwyczajnie sprawia im przyjemność. Bursztyn według nich miał pochodzić z łez boga Słońca Ra.
W starożytnej Grecji i Rzymie bursztynu używano podczas rytuałów uzdrawiających. Wierzono, że ma on moc wyciągania chorób i nieszczęść – tak jak potrafi przyciągać lekkie przedmioty. Wzmianki o leczniczym wykorzystywaniu bursztynu znajdziemy nawet w dziełach ojca medycyny Hipokratesa, a jego uzdrawiające właściwości uznawano za pewnik aż do XIX w.
Z bursztynu wykonywano leczniczy proszek, dystrybuowany później pod postacią całej gamy medycznych produktów: pastylek do ssania, tabletek, kropli i rozmaitych tynktur. Zalecano zażywać go jako środek na ogrom przypadłości – od problemów układu moczowego przez duszności, pijaństwo oraz impotencję po różnorakie choroby zakaźne. O leczniczym charakterze bursztynu pisał wspomniany już Pliniusz, który przywoływał słowa mało znanego autora rzymskiego Callistratusa: „Dobry w każdym wieku, profilaktycznie na majaczenia i jako lekarstwo na udrękę, przyjmowane do picia lub noszone w formie amuletu. Utarty z miodem i olejkiem różanym, dobry na dolegliwości uszu. Ubity z miodem attyckim, dobry na półmrok; i starty na proszek przyjmowany, samodzielnie lub rozrobiony w wodzie z mastyksem, jest lekarstwem na choroby żołądka”.
Utrzyj z oczami kraba
W późniejszych wiekach pojawiało się coraz więcej relacji wymieniających bursztyn jako lekarstwo na rozmaite schorzenia. Żyjący na przełomie XV i XVI w. w Niemczech lekarz Eucharius Rösslin, autor europejskiego bestsellera o położnictwie Der Rosengarten (Ogród różany), zalecał stosowanie pastylek z bursztynu – łącznie z czterema lub pięcioma łyżkami babki wodnej – w leczeniu nadmiernego krwawienia menstruacyjnego.
Sto lat później włoski mnich zakonu kapucynów Felice Passera w swoim traktacie Il nuovo tesoro degl’arcani farmacologici galenici, e chimici (Nowy skarb galenickich arkanów farmakologicznych i chemicznych) pisał: „ogrzewa, przesusza, lekko ściąga, uspokaja i wzmacnia”. Wiedzę o właściwościach bursztynu Włoch czerpał z pism wielkiego greckiego lekarza z okresu Cesarstwa Rzymskiego – Claudiusa Galenusa, znanego jako Galen z Pergamonu. W XVII-wiecznej Europie wciąż cieszył się on wielkim autorytetem, był inspiracją choćby dla angielskiej kolekcjonerki receptur medycznych Elizabeth Grey, która opracowała leczniczy proszek na bazie bursztynu znany jako puder hrabiny Kentu. „Dobry przeciwko wszelkim zjadliwym i zaraźliwym chorobom, na syfilis, przeciw czarnej ospie, odrze, dżumie, innej zarazie, złośliwej malignie i szkarlatynie, skuteczny przeciwko melancholii” – wedle reklamy remedium. Przepis hrabiny nakazywał: „Weź magisterium [esencję] pereł; sprawionych oczu kraba [małych kamieni złożonych głównie z wapna znajdującego się w żołądkach raków]; białego bursztynu; rogu jelenia, magisterium białego koralu; Lapis contra Parvam [„Parvam” to błąd drukarza, późniejsze wydania publikują w przepisie słowo „Yarvam”, przez które rozumie się korzeń Dorstenia contrajerva, importowany z Peru], każdego podobnej ilości, do nich sproszkowanych dołóż czarne końcówki wielkich kleszczy krabowych, wagi tej samej co cała reszta, ubij wszystko na puder i przesiej przez drobne sito, do każdej uncji tego proszku dodaj drachm prawdziwego orientalnego Bezoaru, uformuj w grudkę lub masę, z użyciem galaretki z poroża jelenia szlachetnego i zabarw szafranem. Dołóż odrobinę ambry oraz piżma, także drobno sproszkowanego; utocz małe kuleczki i ususz, ale nie na ogniu lub słońcu, ale na świeżym powietrzu. Dorosłemu daj dwadzieścia ziarenek, dziecku – dwanaście”.
Podręcznik wyboru, czyli rzadkie sekrety fizyki i chirurgii zebrane i praktykowane przez szanowaną, niedawno zmarłą hrabinę Kentu – strona tytułowa, wydanie szesnaste, 1670 r., Londyn, zdjęcie: domena publicznaPaul van Somer, Lady Elizabeth Grey, hrabina Kentu, około 1619 r., Tate, zdjęcie: domena publiczna
W kontekście owego przepisu interesujące jest to, że choć bursztyn występuje w szerokiej gamie kolorystycznej, akurat jego biała odmiana charakteryzuje się wysoką zawartością kwasu bursztynowego o potwierdzonych współcześnie właściwościach leczniczych. Nie wiemy, czym kierowała się hrabina, wybierając kolor tego składnika, ale jej przepis – poparty licznymi historiami ozdrowieńców – szybko odniósł sukces i na lata zagościł w medycznych annałach.
Z końcem XIX w. po raz pierwszy zaczęto podważać wiele spośród przytoczonych właściwości leczniczych bursztynu, bardziej przynależnych do medycznego folkloru niż nauki. Równolegle rozpoczęto pierwsze poważne naukowe badania nad medycznym zastosowaniem tej substancji. I tak w 1886 r. Robert Koch, pionier współczesnej bakteriologii, dokonał analizy kwasu bursztynowego zawartego w bursztynie bałtyckim. Orzekł, że nie ma ryzyka jego kumulacji w organizmie, lecz przede wszystkim ogłosił pozytywny wpływ tej substancji na zdrowie. Dziś wiadomo, że bursztyn bałtycki zawiera od 3 do 8% kwasu bursztynowego, o udowodnionym działaniu antybakteryjnym i antyseptycznym – co może mieć istotne znaczenie w przypadku leczenia niektórych lekoopornych infekcji bakteryjnych.
Bursztyn, choć niesie energię i pamięć milionów lat, w przeciwieństwie do diamentów nie jest niestety wieczny. Z czasem wietrzeje, a ze względu na swoją delikatność wymaga od właścicieli szczególnej opieki. Warto o niego dbać, gdyż jest nośnikiem wspaniałych historii oraz niezwykłych wierzeń, a jego piękno przydawało blasku i mocy niejednemu przedmiotowi. Fakt, nauka nie potwierdza wielu przypisywanych mu niegdyś zdolności, jednak z amuletami tak już jest: nie dadzą nam więcej, niż w nie włożymy.
Starożytni Rzymianie wierzyli w moc wróżebnych kości z kryształu górskiego. Doradca brytyjskiej królowej Elżbiety I konsultował sprawy wagi państwowej z kryształową kulą. Wiara w niezwykłe właściwości tej odmiany kwarcu trwa przez stulecia.
Gdyby współczesny człowiek mógł przenieść się na chwilę do starożytnego Rzymu, zdumiałby się, jak wielką wartość miał dla jego mieszkańców kryształ górski. Uważano go za klejnot godny cesarzy.
Według Rzymian kruchość minerału świadczyła o jego niezwykłości. Roztrzaskany kryształ tracony jest bezpowrotnie – pretium fragmenta sarciri nullomodo queunt (cenne kawałki w żaden sposób nie mogą zostać zlepione) twierdził Pliniusz Starszy. Historyk znany z pasji do kamieni szlachetnych w swojej Historii naturalnej najwięcej miejsca poświęca właśnie kryształom. W dwóch długich rozdziałach szczegółowo omawia, gdzie można je znaleźć, jak się je pozyskuje, jaką mają strukturę oraz formę; zastanawia się także nad osobliwym, nieco mętnym charakterem ich przejrzystości.
W tym samym dziele Pliniusz opisuje największy znany mu kryształ – ważący 150 funtów – który żona cesarza Augusta, Liwia, złożyła w darze w świątyni na Kapitolu. Historyk wspomina również transakcję dokonaną przez pewną Rzymiankę, która zapłaciła olbrzymią kwotę 150 tys. sesterców za pojedynczy kryształowy czerpak. Dla porównania w czasach autora cena jednego modiusa (korca) zboża wynosiła trzy sesterce. Z opowieści Pliniusza możemy poznać ponadto losy niezwykłego kamienia, opalusa, który Marek Antoniusz pragnął kupić od senatora Noniusza dla swojej kochanki, królowej Egiptu Kleopatry VII. Dygnitarz wolał jednak wyrzec się rodziny i uciec z kraju wraz z klejnotem, niż go sprzedać. Zdaniem niektórych współczesnych badaczy minerał ten, wbrew nazwie, mógł być kryształem górskim, który w niezwykły sposób załamywał światło – opalizował.
Inny sławny historyk rzymski, Swetoniusz, w swoich Żywotach cezarów wspomina zaś dwa ozdobione scenami homeryckimi ulubione kubki Nerona, które ten roztrzaskał na wieść, że senat wezwał do jego egzekucji. Pliniusz, odnosząc się do tej historii, dodaje, że naczynia były kryształowe, a cesarz stłukł je, aby nie używał ich już nikt inny, mszcząc się w ten sposób za wyrok.
Woda zmieniona w kamień
W starożytnym Rzymie panowało szeroko rozpowszechnione przekonanie, że kryształ górski jest szczególną odmianą zamarzniętej wody. Ten pogląd Rzymianie przejęli od Greków, co odzwierciedlała pochodząca z greki nazwa: krystallos – czysty lód. Pliniusz też przychyla się do tej teorii. W Historii naturalnej stwierdza: „[…] jest pewne, że kryształ jest rodzajem lodu”. Według uczonego początków minerału należy szukać w czystym śniegu – puraque nive – spadającym z górnych partii ciała niebieskiego.
Podobne rozważania na temat pochodzenia kryształu snuł na kartach swojego traktatu Naturales quaestiones Seneka: „Któż mógłby nie przypuszczać, że wody tworzące kryształ górski są bardzo gęste? Ale jest odwrotnie: rzecz dotyczy bardzo lekkich wód, które mogą bardzo łatwo zamarznąć właśnie ze względu na swoją lekkość. Pochodzenie tego rodzaju kamienia oczywiste jest dla Greków, gdyż zarówno ten przezroczysty kamień, jak i lód, z którego – jak się uważa – kamień ten pochodzi, nazwali crystallus. Woda niebiańska zawiera bowiem bardzo mało ziemi, a gdy zestala się, staje się coraz bardziej gęsta poprzez uporczywe, długotrwałe zimno. W końcu całe powietrze z niej ustępuje, a ona staje się mocno sprężona, to zaś, co było płynne, zamienia się w kamień”.
I chociaż obaj uczeni byli zgodni co do pochodzenia kryształu górskiego, Pliniusza wyraźnie frasowała jego zagadkowa morfologia: „Niełatwo jest wyjaśnić, czemu boki ma sześciokątne; a każde wyjaśnienie komplikuje fakt, że z jednej strony jego krańce nie są symetryczne i że z drugiej strony ściany jego są tak idealnie gładkie, że żadna sztuka nie może się z tym równać”. Według autora tych słów trudna do wytłumaczenia budowa kryształu szła w parze z przeciwieństwami, jakie można dostrzec, przyglądając się kamieniowi – jest doskonale transparentny, a zarazem mętny; bliski ziemi, a jednak niebiański.
Spytaj dwudziestościanu
Przeświadczenie o transcendentalnej naturze i wodnej genezie kryształu górskiego tłumaczy, dlaczego tak wiele rzymskich artefaktów wykonanych z tego minerału to przedmioty przeznaczenia magicznego oraz poświęcone wodnej symbolice.
Z wodą łączono amforiskosy – niewielkie kryształowe amfory, w których trzymano perfumowane oleje. Najpiękniej jednak związek kryształu ze wspomnianym żywiołem wyrażały rzeźby. Widać to na przykładzie późnoantycznej kryształowej statuetki Herkulesa z dzikiem erymantejskim. Można w niej odnaleźć nawiązanie do śniegu góry Erymantos, na której heros schwytał zwierzę podczas czwartej z dwunastu prac. Transparentność innej rzeźby, wykonanej w I w. p.n.e. i przedstawiającej Afrodytę, alegorycznie podkreśla wodne pochodzenie bogini. Zamysłem jej autora było zapewne, aby przezroczysty kryształ nabierał cielistej barwy w dłoni trzymającej go osoby. Dawało to wrażenie namacalnej obecności bogini, czyniąc rzeźbę jeszcze bardziej niezwykłą.
Grecka lub rzymska statuetka Wenus, I w. p.n.e., zdjęcie: Sepia Times/UIG via Getty ImagesRzymska statuetka Herkulesa z Dzikiem Erymantyjskim, IV w., kryształ górski, 7,7 × 3,6 × 2,9 cm, Walters Art Museum, zdjęcie: domena publicznaRzymski Amphoriskos, ok. 25 r. p.n.e., kryształ górski, 5,7 × 3,2 cm, zdjęcie: J. Paul Getty Museum, Villa Collection, Malibu, Kalifornia
Rzymianie byli przekonani, że kryształ górski pozwala uchylić zasłonę, za którą skrywa się przyszłość. Rozpowszechnionym narzędziem do dywinacji były wówczas kryształowe kości w kształcie dwudziestościanu foremnego. Dwudziestościan, zwany po grecku ikosaedr, jest jedną z brył platońskich i symbolizuje wodę. Na każdej trójkątnej fasecie kości ryto litery, czasem też cyfry. Przyjmuje się, że rzut kryształową kością decydował o wyborze wyroczni, a więc o tym, do której ze świątyń, gdzie kapłanki przepowiadały przyszłość, najlepiej skierować kroki.
Strona z Harmonices Mundi Johannesa Keplera, 1619 r. Na rysunku w bryły platońskie wpisane zostały symboliczne reprezentacje poszczególnych żywiołów: w dwudziestościan – wody; w dwunastościan – kosmosu lub eteru; w ośmiościan – powietrza; w sześcian – ziemi; w czworościan – ognia. Zdjęcie: domena publiczna
Niewątpliwie najbardziej znanym – nie tylko wśród kryształowych artefaktów – wróżbiarskim przyrządem pozostają kryształowe kule, czyli crystallum orbis, które stosowano również w starożytnym Rzymie. O poszukiwaniu w nich odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłości pierwszy pisał wspomniany już Pliniusz Starszy. Wiara w magiczne właściwości owych kul okazała się trwalsza niż Imperium Rzymskie.
Mistycyzm w służbie polityki
We wczesnym średniowieczu po kryształowe kule sięgali mieszkańcy, a właściwie mieszkanki Wysp Brytyjskich – wiemy to dzięki gorączce poszukiwań archeologicznych, jaka przetoczyła się przez XVIII- i XIX-wieczną Anglię. Podczas prac prowadzonych w miejscach pochówku z VII w. w południowo-wschodniej Anglii, szczególnie w okolicach Kentu, odkryto kilka kryształowych kul. Wszystkie znajdowały się w grobowcach kobiet, ułożone pomiędzy ich kolanami. Ślady na powierzchni kul sugerują, że były często noszone przy pasie. Przypuszcza się, że wieszane na łańcuchach lub sznurach używane były do rytuałów uzdrawiania, podczas których zanurzano je w płynie – wodzie albo winie – z zamiarem nadania cieczy właściwości leczniczych. Po rozprzestrzenieniu się chrześcijaństwa na Wyspach Brytyjskich korzystanie z magicznych kryształowych artefaktów zanikło, lecz nie na zawsze.
Pierwsza protestancka władczyni Anglii, Elżbieta I Tudor, nie stroniła od magii, a za jej panowania kryształowe kule zyskały legitymację narzędzia poznania. Było to przede wszystkim zasługą Johna Dee, słynnego doradcy królowej, który praktykował wróżenie z kryształowych sfer. W 1564 r. został on mianowany „królewskim doradcą w tajemnicach mistycznych”, czyli kimś w rodzaju nadwornego astrologa. John Dee, który był także astronomem, alchemikiem i okultystą, wierzył, że poprzez kryształowe kule komunikuje się z aniołami i demonami. Opierając się na swoich seansach, zabierał głos w niemal każdej kwestii mającej istotny wpływ na Anglię. Królowa bardzo ceniła jego usługi, co przyczyniło się do spopularyzowania krystalomancji na Wyspach Brytyjskich epoki renesansu.
Kryształ do jasnowidzenia i leczenia chorób – własność XVI-wiecznego okultysty i alchemika Johna Dee, Wellcome Collection, zdjęcie: Wellcome Collection gallery, CC BY-SA 4.0Nieznany artysta (szkoła brytyjska), Portret Johna Dee, ok. 1594 r., Ashmolean Museum, zdjęcie: Ashmolean Museum, Oxford
Dwa i pół wieku później posiadacze kryształowych kul nie mieli już w Wielkiej Brytanii tak łatwo. Brytyjscy monarchowie nie zatrudniali nadwornych magów, a oferty wróżenia z kryształów uznawano za przestępstwo. Fragment ustawy o włóczęgostwie z 1824 r. głosił: „Każda osoba udająca lub twierdząca, że wróży, albo używająca jakiegokolwiek subtelnego rzemiosła, środków lub urządzeń, przez chiromancję czy poprzez inny sposób, mająca na celu oszukanie i narzucanie się komukolwiek z poddanych Jego Królewskiej Mości […], zostanie uznana za łotra i włóczęgę”. Za występek taki groziło osadzenie w domu poprawczym (house of correction) z przeznaczeniem do ciężkiej pracy nawet na trzy miesiące. Pomimo tego wiara w moce kryształów miała się w XIX w. dobrze. Wróżenie np. z kryształowej kuli było na wsiach jedną z popularniejszych zabaw świątecznych, okultyści święcili triumfy na salonach Londynu. Przekonanie o działaniu sił nadprzyrodzonych było rozpowszechnione na całym świecie – żywili je zarówno ludzie prości, jak i osoby z tzw. wyższych sfer. Otworzyło to pole do działania niekończącej się paradzie oszustów.
Zwodnicze czaszki
Zanim archeologia doczekała się bowiem statusu dyscypliny badawczej, przyciągała do siebie swoisty melanż intelektualistów, ekscentryków, antykwariuszy oraz kuratorów muzeów, dla których autopromocja, szarlatanizm, a nierzadko i fałszerstwo były często sposobem na życie. Jedną z takich postaci był francuski archeolog amator, poszukiwacz przygód i właściciel sklepu muzeum Eugène Boban. Ten stosunkowo mało znany dziś badacz Mezoameryki stał najpewniej za spreparowaniem i spopularyzowaniem słynnych do dzisiaj kryształowych czaszek. Legenda – możliwe, że zmyślona przez Bobana – głosiła, iż w momencie odkrycia archeolodzy zostali poinformowani przez miejscową ludność o magicznej mocy tych przedmiotów.
W sumie z Bobanem może być powiązanych sześć różnej wielkości czaszek wykonanych z kryształu górskiego. Trzy z nich antykwariusz sprzedał pod koniec XIX w., z czego dwie trafiły do muzeum Trocadéro w Paryżu w 1878 r. zaraz po pokazie na Wystawie Światowej (Exposition Universelle), gdzie wystawiano je jako starożytności azteckie. Kiedy w 1882 r. muzeum zostało otwarte dla publiczności, kolekcja zakupiona od Bobana, w której skład wchodziły również czaszki, stanowiła pierwszy prekolumbijski zbiór tej galerii. Trzecia czaszka w 1886 r. została sprzedana muzeum Tiffany’ego w Nowym Jorku, a następnie, w 1898 r., trafiła do zbiorów British Museum. Tu opatrzono ją glejtem autentyczności, zestawiając ze sztuką Azteków, Majów i Olmeków.
Kryształowa czaszka ze zbiorów Muzeum Brytyjskiego, zdjęcie: CC0 1.0 Uniwersalna Licencja Domeny Publicznej
Czaszki Bobana długo pozostawały jednymi z najsłynniejszych artefaktów związanych z Mezoameryką, choć nie brakowało także wietrzących fałszerstwo sceptyków. Współczesne badania przyniosły dowody na to, że ci ostatni mieli rację. Wszystkie czaszki zostały wytworzone przy użyciu nowoczesnych, obrotowych narzędzi, niedostępnych dla XV-wiecznych Azteków. Nie sposób jednak odmówić tym przedmiotom pewnej uwodzicielskiej mocy, co zresztą znajduje odbicie w kulturze popularnej, w której do dziś żyje ich legenda.
Przyziemny unikat
Trzeba przyznać, że Eugène Boban wykazał się dużym sprytem, wybierając kryształ górski na materiał dla swoich sfałszowanych czaszek. Ta krucha skała o wyjątkowej urodzie zawsze jawiła się ludziom jako coś tajemniczego, wręcz z innego świata. Pod względem geologicznym jest to po prostu kwarc: pospolity minerał, zbudowany głównie z dwutlenku krzemu stanowiącego około 12% masy skorupy ziemskiej. Za takim rozpowszechnieniem kwarcu stoi jego prosty skład chemiczny, czyli tlen i krzem. Pierwiastki te razem dają krzemionkę, która w powolnych procesach nabudowuje kryształy.
Zewnętrzna postać kryształu powstaje, gdy wzrasta on w sprzyjających warunkach, np. w rozwartej szczelinie skalnej. W miarę jak nasycenie, ciśnienie oraz temperatura się zmieniają, atomy tlenu i krzemu łączą się, tworząc kryształ. Chemizm kwarcu czyni go bardzo stabilnym i odpornym na erozje.
Z kwarcu składają się np. pospolite piaski oraz piaskowce. Ten sam minerał może też przybierać bardziej spektakularne formy, różniące się od siebie w zależności od domieszek, zanieczyszczeń oraz warunków, w jakich powstawały. Najbardziej znane kwarce – niekiedy nazywane kamieniami półszlachetnymi – to ametysty, cytryny, kwarcowe tygrysie czy sokole oka, a także chalcedony występujące w wielu odmianach, takich jak agat, jaspis czy chryzopraz.
Kryształ górski jest kwarcem pozbawionym barwy i przezroczystym. Przypisywano mu wyjątkowe moce nie tylko w kręgu kultury europejskiej. W Japonii okresu Muromachi (XIV–XVI w.) dekorowano nim popularne wówczas ofiarne nisze ścienne zwane tokonoma, wykorzystywane do eksponowania przedmiotów o znaczeniu mistycznym. Z kolei jako talizmanów myśliwskich kwarcu używali rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej. Istnieją również przesłanki, że za materią znanej z mitologii Aborygenów mistycznej substancji maban, z której szamani czerpali swoje magiczne moce, też stał kryształ górski.
Można jeszcze dodać, że właściwości kwarcu są w istocie jeszcze bardziej niezwykłe, niż przypuszczali Pliniusz Starszy, Seneka i John Dee. Minerał ten odegrał olbrzymią rolę w rozwoju ludzkiej techniki – od najwcześniejszych narzędzi kamiennych po elementy nowoczesnych urządzeń. Jedna z jego odmian zwana piezokwarcem na początku XX w. posłużyła do budowy nadajników i odbiorników fal ultradźwiękowych, a dziś znajduje powszechne zastosowanie w elektronice – wszędzie tam, gdzie potrzebna jest stała częstotliwość drgań elektrycznych. Przyszłość rzeczywiście ukryta była w kwarcu.
W Persji turkus symbolizował wodę i zwycięstwo, w Mezoameryce – moc twórczą, Egipcjanie zaś nazywali go słowem mefkat, które oznaczało radość i zachwyt. Celne określenie – jego świetlista barwa budzi przecież właśnie takie uczucia.
Do Europy turkus przywędrował wraz z karawanami średniowiecznych kupców i to im zawdzięcza nazwę, która dziś brzmi podobnie w większości europejskich języków. Wywodzi się ona od francuskich słów pierre turquoise, czyli kamień turecki. Jednak zainteresowanie tym klejnotem sięga znacznie dawniejszych czasów. Co więcej, klejnot, który dla Europejczyków stał się tylko kosztowną, piękną ozdobą, w innych rejonach świata niósł bogactwo wyrafinowanych znaczeń.
Pod względem geologicznym turkus to stosunkowo rzadki minerał składający się z uwodnionego fosforanu glinu i miedzi, które nadają mu charakterystyczne odcienie zieleni i błękitu. Zróżnicowanie w proporcjach tych pierwiastków, a także domieszki innych substancji, takich jak żelazo czy tlenki, wpływają na jego barwę i formę. Dlatego też precyzyjne określenie koloru turkusów jest po prostu niemożliwe – niektóre są zielonkawe, inne niebieskozielone, a jeszcze inne, uznawane za najcenniejsze, mają intensywny niebieski odcień. Zwykle są nieprzezroczyste, chociaż zdarzają się też bardzo rzadkie półprzezroczyste okazy. To również dosyć miękkie kamienie, dzięki czemu łatwo poddają się obróbce. Niestety z czasem mogą blaknąć, co tłumaczy mało wysycone barwy niektórych starożytnych turkusowych artefaktów, które przetrwały do dzisiejszych czasów.
Górnicy i alfabet
Trudno jednoznacznie stwierdzić, kiedy i gdzie zaczęto pozyskiwać turkusy. Zapewne jednym z takich miejsc był półwysep Synaj – miejscowa ludność wydobywała tam niebieskie kamienie już 5 tys. lat p.n.e. Dowodem na to są kawałki wysokiej jakości turkusów odnalezione w grobowcach na równinie El-Qaa, w południowo-zachodniej części półwyspu.
Nieco później, w okresie predynastycznym (IV tysiąclecie p.n.e.), turkusy zaczęli tam wydobywać górnicy przybyli z doliny Nilu. Na półwyspie powstało sześć kopalni. Dla historyków szczególnie ważne są dwie z nich: Sarabit al-Chadim i Wadi Maghara. Uważa się je za jedne z najstarszych kopalni turkusu na świecie. W czasach XII dynastii, za panowania faraona Senusereta I (rządził Egiptem w latach 1947–1911 p.n.e.), w ich bliskim sąsiedztwie wzniesiono świątynię poświęconą Hathor – bogini nieba i miłości, opiekunce pustyni i górnictwa. Wyruszający na poszukiwania klejnotów górnicy składali jej ofiary, budowlę zaś sukcesywnie ozdabiali i rozbudowywali. Z czasem świątynia w Sarabit al-Chadim stała się jedną z kluczowych w Egipcie, a także największą i najważniejszą na półwyspie Synaj. To tam, na początku XX w., brytyjska misja archeologiczna kierowana przez małżeństwo Hildę Petrie i Williama Flindersa Petriego odkryła kilkadziesiąt inskrypcji zapisanych pismem protosynajskim, najstarszą znaną dziś formą alfabetu. Według odkrywców opracowali je sami górnicy, używając znaków zapożyczonych z hieroglifów. Naukowcy rozszyfrowali jednak tylko jedno zapisane tam słowo: mʿhbʿlt oznaczające „Panią” – chodziło o Turkusową Panią, czyli boginię Hathor.
W starożytnym Egipcie z turkusu wykonywano drobne przedmioty, takie jak amulety, koraliki oraz inkrustacje zdobiące biżuterię. Jasnoniebieski turkus wraz z czerwonym karneolem (lub jaspisem) i ciemnoniebieskim lapis-lazuli tworzyły jeden z najpopularniejszych schematów kolorystycznych w kraju nad Nilem. Kombinacja ta cieszyła się wielką popularnością w okresie Średniego Państwa. Wspaniałym przykładem tego typu intarsjowanej biżuterii jest pektorał i naszyjnik księżniczki Sithathoriunet z około 1887–1813 p.n.e., odnaleziony w kompleksie piramid w Kahun. Uchodzi on za arcydzieło gatunku i jedną z najwyższej jakości ozdób, jakie kiedykolwiek odkryto w grobowcach starożytnego Egiptu.
Pektorał i naszyjnik księżniczki Sithathoriunet z imieniem Senuserata II, około 1887–1878 p.n.e., starożytny Egipt; zdjęcie: domena publicznaPektorał i naszyjnik księżniczki Sithathoriunet z imieniem Senuserata II, około 1887–1878 p.n.e., starożytny Egipt; zdjęcie: domena publiczna
Turkus, często kojarzony z kulturą kraju faraonów, w rzeczywistości był tam surowcem luksusowym. Klejnoty zdobione owym kamieniem należały zwykle do osób związanych z władzą królewską albo wysoko postawionych w strukturze społecznej. Niemal wszystkie turkusy odnajdowane w grobowcach starożytnego Egiptu pochodzą ze wspomnianych kopalni na półwyspie Synaj, niemniej jednak istnieje kilka znanych nam wyjątków, z których wszystkie datowane są na pierwsze tysiąclecie przed naszą erą. Przypuszcza się, że pochodziły one ze starożytnego środkowoazjatyckiego królestwa Chorezm, które zaopatrywało w turkus inne lubujące się w nim imperium – Persję.
Pierścień zwycięstwa
Wśród licznych kamieni szlachetnych cenionych na starożytnych irańskich dworach i w świątyniach pozycja turkusów była wyjątkowa – niebieskich klejnotów używano tam w niemal każdym znaczącym dziele architektury i sztuki. Ich wartość przewyższała złoto i stanowiły one ważną część królewskich depozytów. Bogactwo zdobionej turkusami biżuterii, pochodzącej z czasów dynastii Medów i Achemenidów, wyraźnie dowodzi znaczenia tego kamienia.
W XII-wiecznej księdze Jauharname Nezami, której autorem był jubiler Mohammed bin Abul-Barakat Jauhari Nishapuri, znaleźć można informacje, że od starożytności turkusy wydobywano w czterech regionach. Były to wspomniany już Chorezm, a także Chorasan, Transoksania i Turkiestan. Jubilerzy zajmujący się turkusami potrafili rozpoznać ich pochodzenie, gdyż różniły się jakością i kolorem. Perskie turkusy, czyli te z Chorasanu, uchodziły za najpiękniejsze. Warto w tym miejscu dodać, że do dzisiaj w środowisku jubilerów i handlarzy kamieniami nazwa „perski turkus” często stosowana jest do określania najwyższej jakości okazów, niezależnie od ich pochodzenia.
Najcenniejsze turkusy wydobywano w okolicy perskiego miasta Niszapur. Tamtejsze kopalnie należą do najstarszych na świecie; możliwe, że wiekiem przewyższają egipskie. Choć źródła podają różne daty rozpoczęcia eksploatacji, legenda głosząca, że ich pierwszym właścicielem był Izaak, syn Abrahama, sugeruje, że wydobycie prowadzone jest tam od tysięcy lat. W V i VI w. n.e. Niszapur stało się w Iranie głównym ośrodkiem handlu turkusami oraz innymi wartościowymi kamieniami i zajęło ważną strategicznie pozycję wzdłuż starego jedwabnego szlaku, który łączył Anatolię i Morze Śródziemne z Chinami.
Także w Persji turkusy były niezwykle wysoko cenionymi klejnotami, luksusem pozostającym poza zasięgiem zwykłych ludzi oraz symbolem prestiżu i władzy. Przypisywano im też wiele nadnaturalnych właściwości: miały zapewniać siłę i chronić właścicieli przed złem, a zwłaszcza przed porażką – perska nazwa turkusów pērōzah oznacza zwycięstwo. To dlatego tamtejsi królowie chętnie ozdabiali tymi kamieniami osobiste przedmioty. Monarcha dzierżący turkusowe insygnia i zasiadający na takimże tronie uosabiał potężną, niezłomną władzę. Wierzono ponadto, że do przyszłych wojennych triumfów przyczynia się też picie wina z ozdobionych turkusem pucharów. O szczególnej mocy, jaką miał dawać ten kamień, mówiły legendy. Według jednej z nich żaden z żołnierzy, których zwłokami zasłane były pola bitew, nie miał na palcu pierścienia z turkusem – miało to dowodzić, że ten, kto posiadał ów klejnot, był niezwyciężony.
Perski pierścień z turkusem, XIII w.; zdjęcie: dzięki uprzejmości RISD Museum, Providence, RI
Klacze rodzą deszcz
Pozycja turkusu w Persji jako kamienia magicznego wiązała się przede wszystkim z jego kolorem. Aby w pełni zrozumieć znaczenie niebieskiej barwy dla mieszkańców tego kraju, trzeba zagłębić się w mity i koncepcje kosmologiczne perskiej kultury. Jednym z takich dawnych podań jest Hymn do Pana deszczu i Gwiazdy Syriusza, zapisany na kartach Awesty – świętej księgi zoroastryzmu, religii starożytnego Iranu. Opowiada on o życzliwym bóstwie Tisztrii (nazywanym też imieniem Tir) – personifikacji Syriusza i strażniku wody – toczącym cykliczną walkę z demonem suszy Aposzą.
Mit głosi, że Tisztria, pod postacią pięknego białego ogiera ze złotymi uszami i w złotym kropierzu, raz w roku udaje się do kosmicznego morza Wourokszy, gdzie łączy się z wyłaniającymi się ze spienionej topieli klaczami. Nim jednak tak się stanie, musi stawić czoła Aposzy, który pod postacią siejącego grozę czarnego konia sprowadza na ziemię suszę. Po trwającej pełne trzy dni i trzy noce walce Aposza okazuje się silniejszy. Opuszczając pole bitwy, Tisztria wyznaje najwyższemu bogu, Ahurze Maździe, że miał za mało sił, ponieważ ludzie nie oddawali mu należnej czci i nie składali ofiar. W odpowiedzi Ahura Mazda sam składa ofiarę Tisztrii, dzięki czemu ten zyskuje moc – wystarczającą, by zwyciężyć. Jego triumf zależy zatem od oddawania mu czci przez wyznawców w roku poprzedzającym pojedynek. Jeżeli nie będą skąpić modłów i ofiar, wówczas wygra i będzie mógł pokryć klacze, które zostaną potem uniesione przez boga wiatru Wata ku chmurom, gdzie zrodzą wyczekiwany deszcz.
Walka Tisztrii i Aposzy jest interpretowana jako mitologiczna opowieść o dwóch istotnych dla Persów wydarzeniach. Pierwsze z nich to heliakalny wschód Syriusza, który następuje w lipcu. Drugie – nadejście najgorętszej i najbardziej suchej pory roku. Heliakalnym wschodem określa się zjawisko, kiedy gwiazda albo planeta po okresie niewidoczności ukazuje się nad horyzontem po raz pierwszy, tuż przed świtem. Pojawienie się migoczącego Syriusza Persowie uznawali za oznakę walki Tisztrii z Aposzą. Z nocy na noc gwiazda jest coraz lepiej widoczna, a jej niebieskie światło – intensywniejsze, co miało zwiastować upadek Aposzy. W końcu, po gorącym okresie, następuje pora deszczowa, przynosząca ożywienie ziemi. Do dziś nazwa czwartego miesiąca kalendarza irańskiego – Tir – przypomina o zmaganiach Tisztrii z demonem suszy. Historia ta ukazuje, jak wielkie znaczenie w pustynnym Iranie ma woda. Jej symboliczna reprezentacja – kolor niebieski – jest powodem, dla którego turkusy miały dla Persów tak ogromną wartość.
Miłość do turkusów została przejęta przez kulturę islamu po tym, jak Arabowie zwyciężyli nad Sasanidami i zdominowali Iran. Schedę po starożytnych Persach wsparły spisane w Hadisach słowa Mahometa. Prorok miał rzec: „Bóg nie utnie ręki, noszącej turkusowy pierścień”. Według muzułmańskiej tradycji turkus miał być darem z raju przyniesionym Mahometowi przez archanioła Gabriela. Ale w arabskiej kulturze ważniejsza od samego kamienia jest jego barwa. Charakterystyczny odcień perskich turkusów uznawany jest przez Arabów za jeden z siedmiu kolorów raju i symbolizuje dla nich niebo, wiarę oraz nieskończoność duszy.
Mihrab (nisza modlitewna) ozdobiony mozaiką z glazurowych płytek, 1354–1355, Isfahan, Museum of Mordern Art, Nowy Jork; zdjęcie: domena publiczna
Larwy wojowników
Poza Bliskim Wschodem, Egiptem czy Azją Środkową złoża turkusu znajdują się również w Ameryce. Kamień ten doceniały przede wszystkim starożytne cywilizacje Mezoameryki – obszaru rozciągającego się od środkowego Meksyku po Przesmyk Panamski. Jednak większość okazów pochodziła z terenu dzisiejszych południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych, co dowodzi, że turkusy były ważnym przedmiotem wymiany handlowej między tymi rejonami.
W azteckim języku nahuatl turkus zwany jest xihuitl. Tego samego słowa używano też w odniesieniu do ognia, roku słonecznego, komet, szlachetności, a także trawy. Kamień ten zajmował ważne miejsce w poezji, rytuałach i kosmologii Azteków. Stosowano go ponadto do zdobienia biżuterii, masek czy ceremonialnej broni. Udekorowane turkusowymi mozaikami artefakty są dziś najbardziej znanymi przykładami mezoamerykańskiego rzemiosła artystycznego. Ich twórcy korzystali zazwyczaj z niewielkich płytek z cennych kamieni oraz innych materiałów, które przyklejali na drewniany podkład, stosując jako spoiwo mieszankę węgla drzewnego i oleju z nasion chia lub szałwii, a także żywic drzewnych albo kopalnych. Początkowo mieszkańcy Mezoameryki upiększali swoje dzieła mozaikami z jadeitu, który był wówczas najbardziej cenionym klejnotem w regionie. Dopiero u schyłku okresu klasycznego, około 900 r. n.e., ten zielony kamień został niemal całkowicie wyparty przez konkurencyjny turkus.
Najpiękniejsze przykłady turkusowych mozaik pochodzą z późnego okresu postklasycznego (XIII–XVI w.) i prawdopodobnie zostały wykonane przez wysoko wykwalifikowanych rzemieślników misteckich (Mistekowie to grupa rdzennych mieszkańców dzisiejszych stanów Oaxaca, Guerrero i Puebla w Meksyku). Zachwycające przykłady tego typu ozdób przetrwały do naszych czasów. Spośród nich warto wymienić chociażby wspaniały pektorał w postaci dwugłowego węża Xiuhcoatla, wykonany z drewna cedrowego i pokryty mozaiką z turkusów, czerwonych muszli ostrygi z gatunku Spondylus princeps oraz białych fragmentów konch morskich ślimaków z rodzaju Strombus.
Dla Azteków, podobnie jak dla starożytnych Persów, turkus stanowił coś więcej niż tylko ekstrawagancką ozdobę. Pełnił ważną funkcję w obrzędowości, był też metaforą życia w sferze społecznej i religijnej, jak również symbolem szlachectwa. Znaczenie tych klejnotów dobitnie ilustruje relacja hiszpańskiego kronikarza Bernardina de Sahagúna opisująca dary, które emisariusze cesarza Montezumy II przekazali Hernánowi Cortésowi, sądząc, że ten jest przybyłym do Meksyku wcieleniem boga Quetzalcoatla. Na kartach swojego Kodeksu Florentino zapisał: „Pierwszy był strój Quetzalcóatla: maska węża z turkusowej [mozaiki]: opaska z piór kwezala; pleciony pasek na szyję z zielonych kamiennych paciorków, pośrodku którego zwisał złoty krążek; i tarcza z przecinającymi się [pasami] złota lub krzyżującymi się [pasami] złotych muszli, [z] rozpostartymi piórami kwezala wokół [dolnej] krawędzi i flagą z piór kwezala; lustro do umieszczenia na plecach, z piórami kwezala; a to zwierciadło do umieszczenia na krzyżu było jakby zaopatrzone w tarczę turkusową [mozaikową] inkrustowaną turkusem, sklejoną turkusem; i były tam opaski na szyję z zielonego kamienia, na których były złote muszle; a potem turkusowy miotacz włóczni, który był cały z turkusów i miał coś w rodzaju głowy węża; i były obsydianowe sandały”.
Turkus określano mianem „niebiańskiego kamienia”, ale jednocześnie pozostawał on blisko związany z ogniem i słońcem (które zrobione było, jak uważali Aztekowie, z turkusu). Z tej przyczyny aztecki bóg ognia nosił imię Xiuhtecuhtli, czyli Turkusowy Pan, a jego duchową formą był wspomniany turkusowy wąż ognia – Xiuhcoatl. Prawdopodobnie diadem azteckich królów, zwany xiuhuitzolli – „spiczasta turkusowa rzecz” – stanowił symboliczny ogon tego stworzenia. Co ciekawe, wierzenia Azteków łączyły Xiuhcoatla nie tylko z ogniem, lecz także z meteorytami. Uważali, że po uderzeniu w ziemię kosmiczne skały przekształcały się w niematerialne robaki i gąsienice, które były poczwarkowymi duszami wojowników.
Karta ze średniowiecznego Kodeksu Mendoza, dokumentu opisującego historię Azteków; zdjęcie: domena publicznaKarta ze średniowiecznego Kodeksu Mendoza, dokumentu opisującego historię Azteków – fragment przedstawiający cesarza Montezumę II w turkusowej koronie; zdjęcie: domena publiczna
Obietnica klejnotu
Związek niebieskiego kamienia z ogniem może wydawać się zagadkowy, jednak jego wyjaśnienie jest dość proste. Otóż kolor turkusu to kolor serca płomienia. Ogień z kolei był dla Azteków znakiem odnowy i płodności – ceremonia Nowego Ognia rozpoczynała 52-letni aztecki cykl kalendarzowy. Chociaż więc symbolika turkusu w Mezoameryce i Persji różni się niczym ogień i woda, to i tutaj ma pewien wspólny rys – drugie dno, podobne dla obu kultur. Jeśli weźmiemy jeszcze pod uwagę, że egipska Turkusowa Pani – bogini Hathor – opiekuje się duszami zmarłych i każdego dnia o brzasku rodzi boga Słońca Ra, możemy dojść do wniosku, że przepiękna, radosna barwa turkusu zawsze i wszędzie obiecuje to samo: nowe życie.